miasto
literatów
2000++
miasto
literatów
2000++
 słownik literatury
 współczesnej
mirror1, mirror2 
w Polsce
redagowane przez danusie błaszak:
http://danutabe.tripod.com
Wyszukiwarka Miasta Literatów Moja osobista strona internetowa

Literatura pokolenia  
Esej o poetkach zapomnianych -
Amdrzej Pańta
Esej o Jerzym S Czajkowskim -
Stanisław Stanik
Wspomnienie o Romanie Śliwoniku -
wywiad Agnieszki Herman
 

Top of Form


Andrzej Pańta

 

poZEW

Exposé

 

 

WySOKI Sądzie!!!

 

W przeciwieństwie do tzw. poetów warsztatowych od dziecka z pełnym partnerstwem, wręcz autotelicznie, traktowałem poZYWANĄ dzisiaj Agnieszkę Wesołowską z Łobza i Krakowa, zwaną dalej poZWANĄ.  Wychodzę z zaprezentowanej przesłanki warsztatowej [1], że jakoby nie mogła naPISać takich wierszy, jakie pisała w wieku 13/14 lat i później; jest to moje wspólne przeżycie pokoLENiowe z poZYWANĄ (nie w sensie ścisłej synchronii, lecz synchronii traktowanej diachronicznie). Wprawdzie na zajęcia w katowickim Pałacu Młodzieży na pocz. lat siedemdziesiątych chodziłem do pracowni biologiczno-chemicznej, lecz raz przypadkiem zajrzałem do Pracowni Literackiej, gdzie zajęcia prowadzili wtedy różni znani poECI, jak Śliwiak, Harasymowicz, Sprusiński, nawet E. Bryll. Spodobało mi się, też postanowiłem spróbować, aby ożywić oschłą od chemicznych formułek wyobraźnię. W tym wieku w niektórych przypadkach umysł pracuje z taką niesamowitą szybkością, że sam nie ogarnia, skąd mu się bierze to, co wie. Już po paru tygodniach odrobiłem większość zaległości z literatury, jakie miałem wobec kolegów z klas humanistycznych. Po paru miesiącach miałem jeszcze większe osiągnięcia, co od razu jęło budzić zazdrość starszych i przeciwnych. Jeden z nich tak skomentował mój ówczesny dorobek: „Pańta, przyznaj się, od kogo to odpisałeś, są to rzeczy zbyt oryginalne, abyś był w stanie sam je naPISać w wieku 16 lat!” Przez parę lat wlokło się to za mną jak brudna ścierka za niechlujną sprzątaczką. Nie przejmując się tym, rozesłałem moje wiersze po czasopismach w całej Polsce, większość ukazywała się w następnych latach, w rezultacie czego zaproszono mnie na ostatnią Kłodzką Wiosnę Poetów i słynne warsztaty artystyczne w Augustowie, gdzie poznałem K. Jandę, E. Fediuk, E. Demarczyk. W obu programach dostałem wyróżnienia w konkursach poetyckich, w Kłodzku wyróżnili mnie jurorzy: J. Kornhauser, K. Karasek i J. Markiewicz, w Augustowie dostałem rzeźbę Adama Myjaka przedstawiającą kaktus wewnętrzny. — To indywiduum, dzisiaj 74-letni staRUCH, było wówczas wysoko postawioną figurą w partyjnej nomenklaturze, podobno nawet dla tow. G. pisał przemówienia, więc co najwyżej mogłem mu wskoczyć na kolana, nie omieszkując bez zmrużenia pożyczyć odeń tysiąc złotych, które wręczał mi bez ociągania — dziękowałem pięknie i biegłem dalej. Był taki cwany, a dał się nabrać na prostą prowokację z mej strony, gdy w latach upiornej studenckiej jesieni 1988/89 podczas jakiejś zadymy na ulicy i fety u katowickich literatów przywlokłem transparent jak u H. Manna: „Profesor UnRath!” Wydzierałem się: „Untertan! Untertan! Untertan!” Zapomniał unosząc się z gniewu i wściekłości, purpurowy, że wziął mnie za kołnierz i wyrzucił z budynku, zabronił przychodzić więcej. Więc już się tam nie pokazałem. Pozostali szemrali i pytali, jakim prawem mnie wyrzuca, skoro jest sąd koleżeński, zresztą należałem do oddziału krakowskiego, tutaj zaś byłem jego oficjalnym reprezentantem na jubileuszu śląskiej literatury. W tak tani sposób uzyskałem pretekst do wystąpienia ze związku i zerwania z literaturą. Konformista. Do tego stopnia, że R. Wojaczek chciał go obedrzeć ze skóry, ale nie zdążył przez nieprzypadkowe samobójstwo. Dwie dekady wcześniej podobna sytuacja spotkała H. Poświatowską z Częstochowy, gdzie miejscowy figurant bez ogródek rzucił jej w oczy, że z litości musi popierać takie kaleki i niemrawy, dopiero gdy Poświatowska uzyskała znaczący rozgłos i zmarła, triumfował, że on pierwszy odkrył tę autorkę i wyciągnął ku niej zbawczą dłoń. Smaczku sytuacji dodaje fakt, że gdy jeszcze chodziłem do ogrodnika, ukazała się antologia pt. Młody Śląsk Literacki, gdzie oprócz moich, były i wiersze tego figuranta; ostatnio, gdy przeglądałem tę książkę, zniesmaczyłem się jego notką — nasz „młody poeta” jest starszy od moich rodziców! Brrr!!!

Przepraszam WySOKI Sąd za pewien niesmaczek, że przyTOCZĘ Maharishi Mahesh Yogi, rzekomego guru od Lennona i Ono, twórcy medytacji transcendentalnej, TM, w gruncie rzeczy uwodziciela, który w tej epoce za słone czesne urządzał warsztaty medytacyjne dla 25-30-latków, w pewnym momencie zaczął z nich szydzić, kiedy bili mu brawo i wpadali w zachwyt nad jego pomysłami: Wy to musicie mieć zupełnie starcze mózgi, którym nic nie jest w stanie już pomóc; mając 30 lat samemu jest się Mistrzem, nie biega się po warsztatach, uczy się  indywidua poniżej 20-tki. Chłop ma świecką rację: wedle badań naukowych starość zaczyna się równo w wieku 27 lat, do którego należy dodać trzy siódemki: dni, miesięcy i godzin; wedle tego moja starość zaczęła się 17 listopada 1981r., gdzieś o ósmej rano, postanowiłem wtedy wycofać wszystkie moje teksty z pism określanych jako „młodzieżowe”, ale na szczęście wprowadzono stan wojenny, dzięki czemu mogłem zaoszczędzić na znaczkach i spokojnie pchać taczkę mego żywota dalej. Nie młodość się liczy, to kult wymyślony przez romantyków, potem podjęty przez Gombrowicza jako kult nieodpowiedzialności, tylko dojrzałość, sięganie ku niej, owoce wieku, napoczęte w okresie młodzieńczej gonitwy myśli.

Gdzieś w okresie jesienno-zimowym 1997/98 zapoznałem się z pismem ŁABUŹ i wydającym je Leonem Zdanowiczem z Łobza[2]; dzięki temu uświadomiłem sobie istnienie poZWANEJ jako 13-latki, jej utWORY wdarły mi się w świadomość i odpowiednią wiadomość z jej utWORAMI wysłałem do Ewy Marii Slaskiej w Berlinie pod koniec 1997r. do planowanego numeru pisma WIR. — Gdybym postępował jak wspomniani wcześniej figuranci wobec mnie czy Poświatowskiej, mógłbym zasugerować Leonowi, że nic z tego nie będzie, żeby dała sobie spokój i zajęła się innymi sprawami. Postąpiłem przeciwnie, postanowiłem jej pomagać, co poświadcza zachowana korespondencja jako dowód w sprawie. — WySOKI Sądzie! Gdy jest mało środków na rozwój sztuki, popyt na nie duży,  ludzie się „zabijają”, aby je zdobyć, sam tymczasem postąpiłem jak naiwny dzieciak: zaproponowałem tomik poZWANEJ do katowickiej Zachęty Sztuki, która mogła go wydać, gdyby rzecz motała się szybciej niż zbliżająca się  plajta tej placówki kulturalnej. Nie omieszkiwałem też powysyłać utworów poZWANEJ do kilku pism, gdzie ukazywały się i były omawiane jej tomiki, chodzi mi o: OBRZEŻA, PROTOKÓŁ KULTURALNY, AKANT, PLAMA, o ile pamiętam. Gdy zwróciła się do mnie z prośbą, żebym przełożył kilka jej utworów na niemiecki do toMIku pt. Dwuznaczny, zrobiłem to bez ociągania, bez oglądania się na jakieś wierszówki czy honoraria, z czystej radości niesienia pomocy. Tak by pozostało, gdyby nie późniejsze przykre wydarzenie, będące przyczynkiem tego poZWU. Zawsze dostawała ode mnie to, co najlepsze; kiedyś na urodziny wysłałem jej piękną edycję Legendy Młodej Polski, coś zaczęła pisać o Brzozowskim, cieszyłem się, że znalazłem siostrę w rozUMIE, bo „moja pani od polaka” (późniejsza pisiorka, obecnie LO w Świdwinie) oblała mnie na maturze, gdy wychwalałem Brzozowskiego, dołując Sienkiewicza, co mi było obojętne, gdyż miałem zdawać na biologię lub medycynę. Sądziłem, że w przyszłości będę mógł liczyć u niej na dialog bez końca, nie zaś na smutne przekomarzanie się na pyskbuku.

Pewnego dnia potrzebowałem do stypendium jakiegoś świstka z „Życia Literackiego”, poZWANA była już w Krakowie, poprosiłem ją, by mi skopiowała ten kawałek i szybko wysłała, ale bez efektu, jakieś trudności biurokratyczne czy coś, obwiniała się o to, że jest tak nieudolna, że nawet nie potrafi załatwić prostego ksero; określiła się jako Świnia wobec mnie, i na tym urwała się nasza znajomość korespondencyjna. W takich sytuacjach zawsze mówi się trudno, nie miałem żadnych pretensji wobec poZWANEJ, integrowałem się z moim nowym środowiskiem w Görlitz, pracowałem w kulturze, moja uwaga była zmuszona zawiesić się na innych rzeczach niż poZWANA, acz nigdy o niej nie zapominałem, nigdy nie odzywałem się do niej pierwszy, inicjatywa do dialogu wychodziła zawsze od poZYWANEJ. Wprawdzie publikowaliśmy dalej w ŁABUZIU, lecz nie odzywaliśmy się do siebie, w pewnym okresie nawet dość często dzwoniłem do Leona, ale coś mnie paraliżowało, że nie miałem nawet odwagi zapytać, co dzieje się u poZYWANEJ. Odezwała się dopiero po zawieszeniu ŁABUZIA. Gdy dowiedziałem się, że zachorowała na tarczycę, natychmiast pospieszyłem jej z pomocą, wcześniej robiłem sobie wyrzuty, że nie mogłem jej ulżyć w znalezieniu pracy: moja krakowska znajoma, którą pytałem, zbeształa mnie, że nie jest urzędem zatrudnienia, od tego są anonsy w prasie itd. Przy przeprowadzce zapodziałem gdzieś notatnik z adresami, więc było mi trudno.

Co innego zdrowie! Zawsze było u mnie na pierwszym planie, przed literaturą i innymi ekscesami. Tak się składa, że mój ZNAjomy Krzysiu jedną ze swych specjalizacji ma z dolegliwości tego narządu. Bardzo trudno go złapać, jest cenionym fachowcem, czasem graniczy to z cudem, ale zadałem sobie trudu, udało mi się, przedstawiłem mu problem chorowitej KOLEŻanki; zgodził się przyjmować ją gratis i wyleczyć. Kolega zrobił mi przy okazji wykład, że w żadnym wypadku nie należy tej choroby lekceważyć, nawet pozorne ustąpienie dolegliwości może być bolesne w skutkach, uczynił mnie niejako odpowiedzialnym za jej stan zdrowia, miałem tego nie zaniedbywać. Tyle tylko że poZWANA odmówiła, może bała się, prawie wymiękła mi psychika, gdy przeczytałem w jej liście, że woli leczyć się magicznie. Było mi jeszcze smutniej niż gdybym sam zachorował, co już nastąpiło parę lat wcześniej, takie skoki ciśnienia, jego wahania, że musiałem skorzystać z zabiegów na kardiologii, od których się nie ociągałem, wyleczyłem się zupełnie.

Nigdy już nie wracało się do tego zapytania zdrowotnego, na trawie dnia bielił się problem stypendium i zbliżających się studiów; zamierzała studiować pedagogikę, sugerowałem jej psychologię, obstawała przy swoim, by potem besztać mnie, że nie odradzałem jej stanowczo tego kierunku studiów. Dziś dość trudno też i o stypendia, starała się o jakieś austriackie, potrzebne były następne tłumaczenia jej poezji na niemiecki. Zakasałem umysł, poprawiłem jej wniosek, w przypływie radości obiecała mi nawet duże piwo z grzanką, wszystko zaś okazało się potem nieosiągalną skórą na uciekającym niedźWIEdziu. Bardzo mnie to boLAŁO: jako były stypendysta Ministerstwa Kultury mam prawo rekomendowania potencjalnych stypendystów. Poprosiłem też kilku uznanych artystów o pozytywne opinie dla niej, lecz rozczarowana odmówiła mi, i to dość brutalNIE: „bo ch… z tego będzie”. Jeszcze bardziej poczułem się zasMUCony jej niepowodzeniami niż gdyby dotyczyły mnie osobiście.

Prawdopodobnie nigdy byśmy się nie pożarli na gorsze, gdybyśmy nie skrzyknęli się na osławionym „pyskbuku”. — Początkowo podobała mi się ta zabawa, lecz z czasem coraz bardziej zaczęła mnie męczyć i denerwować w miarę przybywania tzw. wirtualnych znajomych. Raz wyszło, że przed paru laty, gdy była bez pracy, prawie że przymierała głodem, na to ja jej, że mogła mi o tym zwyczajnie naPISać, to wysłałbym jej coś smakoWITEgo na Dzień Dziecka, na to ona, że pewnie chciałem ją otruć!!! Mój Bosze Kochana!, by zacytować H. Bienka: Tyle dla niej zrobiłem, a ona podejrzewa mnie o takie rzeczy, coś niesamowitego; co innego poprzekomarzać się na pyskbuku, pośmiać się z siebie, co innego poMÓWIENIE o zamach na osobę, godzenie na jej życie i zdrowie. Wbity w doła, można rzec. Tego tak nie mogłem już zostawić, zwłaszcza że poMÓWIENIE nastąpiło bądź co bądź publicznie, jąłem DOMagać się przeprosin i to coraz energiczniej, nie wiadomo, co by było, gdyby nie znikła z tego portalu. Mój błąd polegał na tym, że natychmiast powinienem zrobić to samo; mam i miałem zawsze mnóstwo znajomych, jak zaCHODZI potrzeba, to pytam lub jestem pytany, co innego coraz głębsze pogrążanie się w banałach wirtualnego świata. Tak, powinienem stamtąd zniknąć natychmiast!

Wprawdzie każdego ranka wyciągałem na biurko książki, jakie miałem zamiar przeczytać, rozkładałem papiery, aby pisać, ale najpierw zawsze sprawdzałem, co dzieje się na pyskbuku, który potem wciągał mnie tak, że tkwiłem na nim do wieczora, z drobnymi przerwami. I tak w kółko maCIEJU. Ociągałem się, łatwiej mi było zerwać z paleniem niż z tą wierutną wirtualnością. Tymczasem poZWANA postanowiła jeszcze raz zabawić się na pyskbuku po udanej sesji egzaminacyjnej, zamiast pojechać gdzieś nad jezioro lub połazić po górach. Zawsze tak postępowałem po każdej sesji. Tym razem natychmiast zauważyłem, że próbuje mnie zdominować, nawet manipulować, narzucić mi coś, coś nieokreślonego przerażało mnie. Właściwie po paru dniach było po wszystkim. Jeszcze przed paru dniami podczas sesji wyprowadziła mnie z równowagi zupełnie, może przypadkiem, może premedytacyjnie: „Jak wygląda rozwój morlany u Piageta?” Nagle zwątpiłem w sens świata. Jakiej morlany? Przeleciałem przez wszystkie słowniki, nic!!! Mój Bosze Kochana! Jakim jestem w końcu ignorantem, moja wiedza płytka i nieugruntowana. Jeśli jakaś morlana jest u Piageta, powinna być już w słownikach, w Internecie też niczego nie znalazłem. Jest mnóstwo pojęć różniących się jedną głoską, często są to zapożyczenia tego samego angielskiego wyrazu, który u nas przyjmuje rozmaite postaci końcowe, jak dryf i dryft, tarasy i terasy itd. Dostałem zupełnego rozstroju, znowu popadłem w bezsenność, strumienie bezsensownych obrazów przetaczały mi się przed oczami. Rano śmieje się ze mnie z mądra frant, że nie o morlanę chodzi, tylko o rozwój moralny; przecież to takie proste — wystarczy wpisać hasło do przeglądarki, znajdzie się wyjaśnienie problemu natychmiast. — Najbardziej zgorszyło mnie, że o swojej docent, usiłującej zdyscyplinować tę niesforną isTOTę, napisała mi, że „przez cały semestr jedzie z kartki”!!!

WySOKI Sądzie! Gdybym gdziekolwiek PISnął, że jakiś mój profesor czy nauczyciel „jedzie z kartki”, to zjedliby mnie przyjaciele i wrogowie jak jeden wąż bez okularów, nie miałbym łatwego życia. Jeszcze bardziej zbulWERSowały mnie jej notatki, wyglądające jak wyłamane szprychy z roweru. Wprawdzie nie oceniamy tutaj poezji poZYWANEJ, ale jeśli jedzie ona tak jak jej notatki z tego semestru, to niech to blat. Alleluja i do grobu! Człowiek inteligentny bowiem nie daje po sobie poznać. Sam np. w czasie studiów miałem tylko jedną kartkę z nazwiskami i adresami skrzętnych koleżanek i kujonek, z którą „jechałem” czasami je odwiedzić, wpadając na kawę, czytałem pięknie sporządzone notatki z wykładów, na które nie chodziłem, przed ostatnim wykładem dawałem którejś z nich indeks, i w ten sposób uzyskiwałem zaliczenie, a ponieważ miałem opanowany materiał, bez trudu zdawałem egzaminy. — Tak poSTĘPuje człowiek inteligentny, nie tracący czasu na coś, co i tak jest dostępne w lepszym opracowaniu w Internecie, przeznaczając odzyskane godziny na bardziej intratne zajęcia. Nie chcąc za bardzo znęcać się tutaj nad poZYWANĄ, streszczam to, co nieuchronnie doprowadziło do tak smutnego zakończenia tej ZNAjomości — przyczynek tego poZWU — poMÓWIENIE o próbę planowanego otrucia jej Osoby. Co miała przez to na myśli — nie dawało mi to spokoju, jąłem drążyć ten temat z różnych stron i nadal nie było widać dna, czy jest taką ważną czy co? Zwykle człowiek zajmuje się tym lub tamtym, poPISuje się błyskotliwością albo bredzi, stara się godzić w sobie maksimum sprzeczności, nawet na myśl mu nie przyjdzie coś takiego, żeby kogoś wyzuwać z życia. Zwłaszcza w kontekście, gdy chciałem przyjść jej z pomocą żywnościową. Nigdy mi się coś takiego wcześniej nie zdarzyło, żebym kogoś próbował otruć albo żeby ktoś z kolei dyBAŁ na moje życie. O czymś takim czyta się w powieściach, dramatach, telewizyjnych kobrach. Kiedy więc po raz wtóry pojawiła się na pyskbuku, faza euforyczna po udanej sesji, coś mnie skuSIŁO przynaglić ją, żeby przeprosiła mnie za ten wyBRYK, przypominałem jej o tym raz za razem, zdawała się w ogóle nie pamiętać, o co mi chodzi. W końcu doszło do takiego zabulgotania, że zablokowałem ją na tym portalu i usunąłem z Naszego Cmentarza. Na chwilę odblokowałem ją, wtedy korzystając z okazji zablokowała z kolei mnie. Żeby znieść jej chwilową przewagę sam usunąłem się z pyskbuka. To tyle. Co miałem na swoje stArCZe usprawiedliwienie. Nagle uświadomiłem sobie, że dopiero wtedy zaczął się prawdziwy ambaRAS. Autorzący autorzy są powikłani z sobą w tak rozmaitych poWIĄZaniach, że zwykły rozwód to przy tym kupa śmiechu! Mówiąc bez ironii, poZYWANA nie ma szczęścia do wydawców. Chodzi mi o tomik Dwuznaczny z moimi tłumaczeniami jej wierszy na niemiecki. Wydawca okazał się zwykłym parafianinem bez perfekcyjnego podejścia; tomik wydał na gębę, bez stosownej umowy na te tłumaczenia, prawdopodobnie i ją zrobiono w bambuko — książeczka miała być demonstrowana na targach książki we Frankfurcie, nic o tym nie słyszałem. Poprosiła mnie o te tłumaczenia, zrobiłem je, nie zastanawiałem się potem nad konsekwencjami prawnymi tej sytuacji, grunt, że była zadowolona. — Gdyby zmarła wcześniej w sposób naturalny — jest chorowita od dziecka (jakieś kroplówki, zastrzyki, pieluchy — tak mi przynajmniej podawała), bez żadnego toksycznego wpływu z mej strony, to mógłbym sobie co najwyżej popłakać, powzdychać, naPISać poTRUPne. Tak samo, gdybym dostał umowę na te przekłady, wszystko byłoby dawno zamknięte i zapomniane. Sprawa znowu stała się problemem, gdy uświadomiłem sobie, że pomówiła mnie o chęć zamordowania jej, tego zaś nie mogę zostawić tak sobie. Wydaje mi się to takie potworne.

Kiedyś zaniedbałem te sprawy: Byłem w Świnoujściu na FAMie, przygotowywałem się do mego występu w Muszelce i poetyckiego happeningu na plaży. Nad promenadą oberwanie chmury. Idąc w deszczu z malarskim ekwipunkiem, ledwo dysząc w strachu przed piorunami, usłyszałem pijanego Zbigniewa J. Derdę, jak wydziera się na mnie: „Pańta! Ty świnio, czemu nie dałeś mi znać, że wybierasz się na FAMę?” Całe towarzystwo patrzy na mnie, jakby moim obowiązkiem było wyjaśnianie każdemu zainteresowanemu, gdzie wybieram się na wakacje. Postawiłem mu drinka w Muszelce; zanurzyłem palec w kieliszku, uczyniłem mu nim potem znak krzyża na czole, i pojechałem do domu, więcej się doń już nie odezwałem. Opowiedziałem o tym mej następnej „pani od polaka”. Na to ona, że od takich spraw są adwokaci, nie należy wdawać się w pyskówki z różnymi grafomanami. Następnie była afera z R. Budnikiem: Zamiast lecieć do adwokata, zacząłem polemizować z tym typem na piśmie, rzekomo miałem go zastraszać, ale nie przeprowadzono ekspertyzy, czy faktycznie jestem autorem owych listów z pogróżkami. Skutkowało to tym, że w końcu musiałem zwiewać do Bundesrepubliki. Odtąd jednak — gdy się z kimś kłócę namiętnie — sprawdzam, czy w danej pyskówce nie użyłem wyrażeń mogących stanowić podstawę do oskarżenia mnie o pogróżki karalne, jak ognia unikam takich słów jak: zabić, dźgać, zakatrupić, posłać na tamten świat, odebrać życie, przewrócić, słów uważanych jednoznacznie za wulgarne i nacechowane, choć z drugiej strony większość tzw. literatury pięknej polega na mowie nienawiści: Ogniem i mieczem, A jak królem, a jak katem będziesz, Zbrodnia i kara, Apokalipsa, Dzieje jednego pocisku, Międzynarodówka. Itd. Itd.

Mógłbym to wszystko zamieść pod dywan i stawiać następne kroki w chmurach, gdybym ostatnio na jednym z portali nie znalazł opublikowanych właśnie wierszy poZYWANEJ; chodzi o „Salon Odrzucający” Ewy Marii Slaskiej. — Wiersze owe tego dnia nie zrobiły na mnie większego wrażenia, miast prawdziwego rozeznania miałkość, powtarzanie samej siebie sprzed lat z czasów ŁABUZIA, i to „po grubej dwudziestce”! Pamięć narzuca mi, że po średniej dwudziestce Tomma Mannowa napisała swą znakomitą powieść pt. Buddenbrokowie, podobnie młodziutka Horsta Bienkówna, która między chudą a grubą dwudziestką zdążyła odbyć sentymentalną podRÓŻ do prac gościnnych w sielankowej Workucie, popracować sobie tam trochę w polarnej atmosferze, wrócić, naPISać i opublikować genialny zbiorek opowiadań pt. Nacht-stücke, przytłumiony jednak potem przez szybko pisane, komercyjne, nie najwyższego lotu, starcze powieści z cyklu Tetralogia Gliwicka.  Młoda Horsta była jeszcze na tyle cwana, dowcipna, że antycypując zdanie guru Maharishi, że po trzydziestce należy puknąć się w czoło i myśleć o doborze butów do trumny, nie zaś o literaturze, pozapraszała starszych i uznanych autorów na warsztaty i konsultacje.  Pośród nich kilku późniejszych noblistów, ludzi wybitnych. Wszystko to ukazało się w książce Rozmowy warsztatowe z pisarzami. Widać miała im coś do przekazania, że po tych warsztatach w nich wszystkich coś pękło, zmieniło się, zaczęli pisać inaczej, jakby dorośli, przeżyli wstrząs, niektórzy jak Wolfgang Koeppen mówili o tym bez ogródek. Np. w pięknym kawałku o Horście opublikowanym w ŁABUZIU pod oPOwiadaniem poZYWANEJ. Przenosząc to na nasze warunki, to tak jakby poZWANA zaprosiła do nauki W. Szymborską czy Z. Herberta, ciekawe, co by wtedy wyszło, czy któreś z nich miałoby odwagę przyznać się, że po jej dywagacjach, pytaniach, drążeniach, jest mądrzejszy i lepszy, oczyszczony? — Pod wierszami poZYWANEJ było okienko na komentarze, a ponieważ nie znalazłem klauzuli o nieskładaniu kondolencji, napisałem to, co mi właśnie zaGRAło w tym dniu, bez żadnych skrytych konotacji, złych intencji. — Jakież było moje zdziwienie, gdy po kilku dniach zauważyłem, że mój komentarz usunięto, czegoś się bano, nie wiem, stałem się czujny, uważniejszy, w mej rubryce na tym blogu dopiero teraz uderzyły mnie słowa o mnie: „poeta szaleniec”. No nie! Przecież to jest materiał na następny poZEW! Kopię strony zabezpieczyłem. — Zawsze starałem się zachowywać racjonalnie, uzyskiwać racjonalne odpowiedzi na racjonalnie stawiane pytania. Szaleństwo i synonimiczne określenia były dla mnie jednoznacznie nacechowane negatywnie, poECI szaleńcy nigdy nie byli dla mnie wzorami czy ideałami, za którymi chciałbym iść. Poza tym określenie bardziej z dyskursu psychiatrycznego niż estetycznego, wybitnie wykluczające. I nieostre. Znam Historię szaleństwa w dobie klasycyzmu M. Foucaulta. I Kulturowe założenia pojęcia normalności w psychiatrii Julii Sowy. Właśnie: co innego dawna monokultura, co innego społeczeństwo ponowoczesne, wielokulturowe, jakie zaczęło się u nas tworzyć w czasie stanu wojennego, z wielością norm, wzajemnie się wykluczających: co w pewnych kręgach jest jeszcze akceptowalne, w innych naganne, w jeszcze innych chore i patologiczne. —  Znałem też kilku poetów szaleńców: St. Gostkowskiego z Gdańska, z którym kiedyś przegrałem w głównym konkursie na Wiośnie Kłodzkiej. Dobrze zapowiadający się humanista na tamtejszym uniwersytecie. Rozpił się i postradał rozum. Kiedyś przyszedł na me spotkanie w gdańskim „Żaczku”, tak dziwnie czerwieniły mu się oczka, skarżył się, że spółdzielnia chce go eksmitować z mieszkania, bo od miesięcy zalega z czynszem. Potem zmarł po jakiejś popijawie. Podobnie Jerzy Łukosz, znakomitość, bez paMIĘCI, odkorowany, do cna przepity i opuszczony, atrakcja turystyczna Wrocławia. Kiedyś na zamojskich „Fortalicjach” przysiadł się do mnie Rudzielec podczas obiadu. Podkasał rękaw, wycisnął na ramię keczup z tuby, posypał je curry i innymi przyprawami, po czym zaczął się lizać. „Uciekłem właśnie z psychiatryka”, mówi, „jestem schizofrenikiem, co? To jest czysty postmodernizm!” Od razu uznałem go za jedną z atrakcji turystycznych Zamościa. Znałem mnóstwo takich cudaków. Nigdy nie zachowywałem się w ten sposób. Zapisałem się do „ogrodnika”, aby racjonalnie uprawiać ogród życia i w pełni wykorzystać jego możliwości dla siebie i bliźnich. Na zajęcia dokształcające z chemii i biologii chodziłem do naszego Pałacu Młodzieży, pomyłkowo wstąpiłem raz do Pracowni Literackiej, bez intencji pozostawania tam na zawsze. Na egzaminach wstępnych zarówno na biologię, jak i na polonistykę uzyskałem jedne z lepszych ocen. Zawsze inspirowałem się artystami konstruktywistami: T. Peiper, J. Przyboś, awangardzistami; pracę dyplomową napisałem o Historii białopiennego źródła Tymoteusza Karpowicza — jednym z najważniejszych utworów poetyckich XX w. w Polsce, tak swoistym jak poezja B. Leśmiana, zupełnie nieprzekładalnym na języki obce. Bardziej interesowałem się lingwistyką niż literaturoznawstwem. Jak każdy albo większość lubiłem popić i pobajdurzyć. By potem wracać do siebie na trzeźwo i raźno iść do przodu, bez krzty i źdźbła szaleństwa. Gdy przed kilku laty starałem się o pracę w BND, musiałem przedstawić świstek o dobrej kondycji psychicznej, poprosiłem o skierowanie moją panią z Arbeitsamtu na badania psychiatryczne — dwa piętra wyżej w tym samym budynku, psychiatra urzędowy; prawidłowo wykonałem wszystkie testy, ćwiczenia, jestem nad wyraz normalny i nie rozczulający, daleko mi niestety do szaleństwa. Gdy zajdzie potrzeba procesowa, mogę sobie powtórzyć tę zabawę jeszcze raz. —

To, co Ewie M. Slaskiej wydaje się czymś wyjątkowym i cudownym znakiem z nieba (czego nie kwestionujemy, tylko prosimy o umiar), u nas na Górnym Śląsku było rutyną repetującą się co parę lat. Mam jakoś nadzwyczajne szczęście do ludzi: Kiedyś, przez kolejną „panią od polaka” poznałem Krystiana Zimermana, kiedy nie był jeszcze tym Zimermanem. Później, w latach 90., na jednym z koncertów, na sali jakieś 5-10 osób, zapoznałem się z Leszkiem Możdżerem, kiedy nie był jeszcze tym Możdżerem. Kiedy bez paMIĘCI pogrążyłem się w studiach językoznawczych, nie myśląc o niczym innym, szczególnie o pisaniu, o tym co działo się na bożym świecie, zamanifestowała się u nas swego rodzaju wcześniejsza realizacja tego samego archeTYpu, jaki aktuALIzuje teraz moja poZWANA. — Kiedy ją sobie uświadomiłem między jednym egzaminem a następną sesją egzaminacyjną, gdzieś na przełomie lat 1978/79 było właściwie po wszystkim: Miała wydane profesjonalnie dwa tomiki, była na ustach wszystkich, omówienia jej książek mają kilka metrów, przekłady ukazywały się nawet w Moskwie. Szesnastolatka i jej Skaleczona skóra Ziemi. Potem jeszcze Nasze zwierzęta bez strachu podnoszą głowy. — Czasami spotykałem ją na tzw. Kole Młodych w katowickim Marchołcie, gdzie przychodziła ze swoim tatusiem, także „młodym poetą”. Jacyś krewni Adama Mickiewicza, co podkreśla się w każdej biografii. Miała licznych akolitów i wielbicieli. Składanie kondolencji było surowo zabronione. Coraz bardziej wbijała się w dumę, rosła, stawała się iKONĄ na naszym niebie. Dopiero stan wojenny strącił nas wszystkich w szarość i jej nie całkiem szare podroby. Pozwolę sobie zacytować jeden z jej wierszy: „od niedawna / chodzę z nimi  / do koła nieboszczyków / piszących […]”. Metafora niezwykle istotna dla naszych dalszych rozważań. Parafrazując nieco A. Mickiewicza, można o niej rzec: „Błysła i znikła jak nieszczęść przeczucie, / Które uderza o serca, niespodzianie, / I przechodzi samotna i niezrozumiała”. — To samo dotyczy poZYWANEJ A. Wesołowskiej. I nie tylko.

St. Lem w Filozofii przypadku. Literatura w świetle empirii przyrównuje literaturę do wielkiego cmentarza. Każdego dnia pojawiają się świeże groby — książki, szukające swego uzasadnienia do znaczenia, nastręczające się do wynajdywania w nich bogactwa, rozmaitości sensów. Obok wspaniałych grobów — pałaców zdobnych i przyciągających rzesze, mamy smutne kopczyki dawno wystygłych namiętności, porosłe zielskiem beznaczeń, niepamięci. Na tych cmentarzyskach nadziei grabarzami są krytycy, interpretatorzy, od których zależy prawdziwe, pozautorskie życie dzieła literackiego. Z punktu widzenia odbioru czytelniczego każdy nowy utwór jest nieustabilizowany znaczeniowo, stanowi swego rodzaju trupa sensów albo ich potencjalną zaródź, któremu można właściwie przypisać, co się chce. Można uczynić go wielkim lub małym. Krytyka, hermeneutyka stabilizują jego odbiór. Obdarzają duszą. Jeśli słyszymy zdanie, że w nowej powieści W. Myśliwskiego autor umocnił swoją odrazę do świata wartości niematerialnych, to wiemy właściwie o co chodzi. Dr Faustus uzasadnia metaforę ujarzmienia narodu niemieckiego teutońską żądzą panowania nad światem wspomaganą siłami nieczystymi, rzadziej usprawiedliwia słabnącą pamięć T. Manna i przywłaszczenie sobie przezeń notacji dwunastotonowej A. Schönberga. Pan Tadeusz nie jest poematem opiewającym miłość pedofilską, lecz eposem narodowym, utrwalającym narodową tożsamość Polaków na wieki, od którego wara wszelkiej maści Gombrowiczom i im podobnym prześmiewcom rodzaju. Tymczasem we wstępie do tomiku A. Wesołowskiej Ars Vitae. Listy do nieszczęśliwych Jerzy Jarzębski pisze: „Nie wiem, jakie będą dalsze losy poezji Agnieszki Wesołowskiej: może ulec zapomnieniu, ale może też w odbiorze urosnąć — i wtedy poloniści zaczną budować słowniki jej osobliwego języka”[3]. Mój Boże! Jeśli jestem krytykiem, to dysponuję określonymi narzędziami, by wydobyć to, co w dziele najlepsze i zasugerować sens; taka jest istota wstępów lub posłowii do książek mniej lub bardziej znanych autorów. — Każdego dnia ukazuje się dziesiątki tomików, czytelnik gubi się pośród niezliczonych alejek cmentarnych, potrzebuje wskazówek, jak niemowlę sutka. Tymczasem pan J. Jarzębski odsyła nas do prac przyszłych polonistów, kiedy my już dziś pragniemy pewności, by dzieło poZWANEJ rosło w sensy i znaczenia! Tymczasem mija 5 lat od wydania tej książki, 13 lat od opublikowana Dwuznacznego, i w publikatorach cisza, poza koleżeńskimi omówieniami w prasie niszowej! Sytuacja powoli zaczyna przypominać los jej nie mniej wybitnej poprzedniczki — w ciągu ponad 30 lat od opublikowania pierwszych książek nie zaistniało istotniejsze omówienie godne tej poezji, żaden polonista nie zbudował słownika pełnego znaczeń, jej grób znika z paMIĘCI współczesnych. W sieci znalazłem takie zapytanie odnośnie Zapominanej: „Hej! Szukam jakiejś informacji o twórczości Danuty H. Ile wydała tomików poezji, tytuły, jak z dostępnością do jej twórczości, może są jakieś adresy w sieci? Innymi słowy, wszystko co tylko można wiedzieć o tej pani, to mnie interesuje. Z góry dziękuję za pomoc. Daniel[4]”.

Przypominam sobie, że kiedyś z Zapominaną wybrałem się na warsztaty literackie do podkieleckiej Cedzyni; była po cienkiej dwudziestce, zupełnie nie pasowała do tego środowiska „młodych poetów”, przeważnie po 30-tce, z wątłymi tomikami w dłoni. Nadwrażliwa. Poza poezją miała też ciekawe prace plastyczne, zamieszczane w następnych tomikach, chciała studiować na ASP w Krakowie, ale zupełnie zagubiła się na egzaminie wstępnym. Bez zawodowego wykształcenia, bez pracy, wciąż przy rodzicach, nie potrafiła wiosła swego życia zanurzyć w głębokiej wodzie.

Potem jeszcze przewinęła się przez nasz górnośląski interior genialna graficzka; w wieku 16 lat wszędzie było jej pełno: TV, liczne wernisaże, zamierzała studiować architekturę, uprawiała też poezję, po paru latach nic nie zostało z grobu jej życia. Mam kilka jej prac, w tym nasz autoportret androgeniczny. Jeszcze jeden niespełniony sen[5].

Najbardziej zdumiewa i przeraża mnie konstatacja, że w epoce powszechnego dostępu do zapisywania, utrwalania dźwięków, obrazów, tekstów, po niektórych ludziach nie zostaje nawet wzmianka w Internecie[6]. — W 1969 r. na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu laur za debiut otrzymała Danuta Sobik, 14-latka. Przez całe lata brzmiał we mnie jej pełny głos, jakim wyśpiewała piosenkę o gondolierach wedle wiersza T. Kubiaka. Potem jeszcze wyróżnienie, w 1970 r., na Festiwalu Piosenki Rosyjskiej w Zielonej Górze. I cisza absolutna. Próbowałem poszukać coś o niej w internecie. Nic. Nie zachowały się nawet te nagrania. — Na tym samym festiwalu w Zielonej Górze debiutowała Teresa Iwaniszewska (1952 – 1996) z Koźla, wykonując piosenkę Bułata Okudżawy pt. Modlitwa Franciszka Villona, za co otrzymała cenioną Nagrodę Dziennikarzy. Miała piękny głos, stanowiący jakby syntezę głosów Czesława Niemena i Anny German. Obłoków magia realna. Jej kariera przebiegła szybciej niż fala powodziowa po Łabie: występy na kilku festiwalach w Opolu, wspólne projekty z Markiem Grechutą i Cz. Niemenem, udział w widowisku pt. Kolęda nocka. Po 1981 r. została na za granicą i zmarnowała się na emigracji. — Na przełomie wieków zamanifestowała swą obecność artystyczną Małgorzata Markiewicz z Janowa Podlaskiego. To, co u poetów, nawet 14–16-letnich, odbiera się zawsze pośrednio, a posteriori, u wokalistów dostajemy in actu, live, w czasie rzeczywistym, nawet kiedy po latach słuchamy i oglądamy konkretne wykonania. M. Markiewicz w 1999 r. jako 13-latka wygrała Szansę na sukces piosenką V. Villas pt. Do Ciebie, mamo. Za ten sam utwór wyróżnienie za debiut na festiwalu w Opolu. Głos genialny do cna. Gdy patronat nad jej rozwojem i dalszą karierą objęła radiowa „Jedynka”, mogła już sobie tylko zaśpiewać: „Nie mnie jednej to się zdarzyło, co się zdarzyło”. Właśnie! Nie jej jednej. Marnuje się w chórkach przy tzw. wielkich gwiazdach i w małych klubach dla wybrednej publiczności jako drugi głos, na rozmaitych imprezach towarzyszących ku chwale i paMIĘCI. Po 14 latach po debiucie wciąż bez własnej płyty solowej. Polacy mają wyjątkowy dar do unicestwiania jednostek utalentowanych, jeśli nie wybitnych.

WySOKI Sądzie! Przygotowując niniejszy poZEW przewertowałem setki listów, przypomniałem sobie nie tylko dziesiątki nazwisk ludzi, z którymi stykałem się nie tylko w ostatnich trzech dekadach. Wielu z nich nie żyje. Wielu z nich kocham. Niektórych nienawidzę, acz bez manifestowania takiego negatywnego nastawienia. Nie przypominam sobie jednak nikogo, kto chciałby mnie otruć, komu mógłbym zarzucić takie pragnienie (nigdy też czegoś takiego nie powziąłbym wobec żadnego człowieka) z premedytacją, jak mnie poZYWANA Agnieszka Wesołowska. Weszło mi to w życie, jak nowotwór w wątrobę. Dlatego będę się dla niej domagał najwyższego wymiaru kary. I to bez zawieszenia. Bóg pisze prosto; linie krzywe kreśli człowiek. Ciemności krzepią Ziemię.

 

CalanCorum, 12 – 18 lipca 2013

 

Andrzej Pańta



[1] Coroczne treningi integracyjne dla trzydziestolatków z trudem piszących i z trudem porozumiewających się zarówno po polsku, jak i po niemiecku. Co w tym gronie cierpiących na niemoc twórczą „starzyków” porabiała 14-latka? Czy nie jest to rzecz dla Obyczajówki? — Zgniłymi owocami owych „warsztatów” są dwie wydane grube cegły, pełne błędów korektorskich i ideowych. Nie do przeczytania w całości na raz i we fragmentach. — Wcześniej (1999) pod tą samą banderą Stowarzyszenia WIR „płynęliśmy” na tzw. polsko-niemieckim Statku Poetów po Odrze i Warcie. Z powodu niskiego stanu wód zakotwiczeni w Janczewie w gospodarstwie ekologicznym, tzw. Chlewie, pichciliśmy „Księgę Odry”, rzecz zakrojona na szeroką miarę, ręcznie składana na zabytkowej prasie z XVIII wieku. No, nie miałbym nic przeciwko, gdyby był tam obecny malutki czerwony szczególik z białym krzyżykiem na opakowaniu, obowiązkowo ustawiony w każdym zakładzie pracy na świecie, nawet samochodzie. Zwykle nic się nie dzieje i po paru latach trzeba wymienić jego zawartość. Pewnego dnia strułem się czymś przy obiedzie, przypadkiem lub nieprzypadkowo, nie wiadomo. Wiłem się w boleściach, nikt nie raczył udzielić mi pierwszej pomocy, znajdującej się w takich właśnie czerwonych pudełkach z krzyżykiem. Ani tym bardziej nikt odpowiedzialny za cały zamęt nie raczył zadzwonić na pogotowie, które załatwiłoby sprawę profesjonalnie, bez uciekania się do domysłów. Kiedy domagam się satysfakcji, słyszę, że jestem „szalony”. Chyba jasne, że każdy upomina się o swoje, jakie się w przypadkach zaniedbań i uszczerbku zdrowia należy.

[2] Zmarł w 2009 r. Postać ciepła i pozytywna wobec świata wartości. Na spółkę i bez porozumienia u dołu, w odgórnej harmonii, próbowaliśmy wypromować twórczość poZYWANEJ A. Wesołowskiej, metodą Konia Trojańskiego, jak to nazwałem w jednym z listów do L. Zdanowicza. Korespondowaliśmy ze sobą przeszło dekadę. Osobiście poznałem go latem 2002 r. na jubileuszu Żebraczej Inicjatywy Wydawniczej. — Będzie stanowił motyw kilku moich następnych tekstów krytycznych: chodzi m. in. o jego poemat Łabuź, wydany w 2005 r.

[3] Mój tomik Wieczna naiwność wróżek ukazał się gdzieś w 1985 r. W niecałe 2 lata miał mnóstwo omówień, i to bynajmniej nie tylko koleżeńskich. Publikowały je takie pisma jak „Odra”, „Poezja”, „Tak i Nie”. Radio katowickie zmontowało o mnie prawie godzinną prezentację pt. Pańtoły, nadaną lokalnie i w programie ogólnopolskim. Prof. Marian Kisiel opublikował o tym toMIku swój esej pt. Przewrotny transcendentalizm w ogólnopolskim piśmie „Radar”, nr 20 z 15 maja 1986 roku. Jest to esej błyskotliwy, w którym bez ogródek Autor podkreśla moje mistrzostwo poetyckie, które osiągnąłem przed grubą trzydziestką, nie zrzucając jak J. Jarzębski odpowiedzialności za sukces poZYWANEJ na barki następnych pokoleń. — Po wprowadzeniu stanu wojennego byłem tak zdesperowany stanem świata, że chciałem wyrzucić wszystko na śmietnik, odwrócić się od filologicznego rzemiosła, zacząłem studia na wydziale biologii. — Dopiero zmarły niedawno Krzysztof Soliński wyrwał mnie z mentalnego, emocjonalnego letargu. — Pracował w nowej oficynie „Pomorze” w Bydgoszczy, zamówił u mnie ten projekt, przyjęty szczęśliwie do druku, u jego brata Jacka zaś w Galerii Autorskiej opublikowałem tomik Zwyczajnie, potem Brzuchem do słońca, Mist (z posłowiami Jerzego Pluty) i wybór wierszy H. Bienka Czas po temu. Nie pozostało to nie zauważone przez „czerwoną razwiedkę” — M. Wawrzkiewicz szydził z nas w jednej z twardogłowych gadzinówek, np.: „Koncepcja, by te wiersze pisał kto inny nie nasuwa się jakoś Kisielowi, choć przecież Pańta mógłby dawać uczucie, Miłosz słuch, a Herbert rękę”. „Kultura” nr 8, z 24 lipca 1985 r. Ta złośliwa uwaga dotyczy omówienia tomiku Zwyczajnie. W efekcie czego przepadł mój kolejny tomik w warszawskim wydawnictwie „Iskry”, co będzie przedmiotem jednej z mych następnych analiz. — Na mankiecie: Ludzie nie rozumieją mego poczucia ironii i nieustannego dystansowania się wobec twardych faktów obiektywnego życia metodą nieustannych oscylacji i substytuowania danych wyjściowych: Gdy jeden z miejscowych maniaków piszących zrzędził, że nie ma omówień jego książek, zwróciłem mu uwagę na piękno i głębię wypowiedzi M. Kisiela, że można iść tą drogą; ten pokumał to dosłownie, przepisując tekst, zmieniając tylko nazwiska i cytaty. Nowa całość byłaby opublikowana w „Tak i Nie” pod nazwiskiem Derdy, ale zauważono, iż to plagiat i Derda zamieścił go ze złośliwym komentarzem wobec mnie w „Nowym Medyku”, jakbym miał coś z tym w ogóle coś wspólnego, poza ogólną wskazówką odnoszącą się  do szczęścia i nieszczęścia, w życiu osobistym i na ścieżce artystycznej.

[4] Ciekawe, czy za 30 lat zamanifestuje się kolejny, ogarnięty niemocą prorokowania Daniel i będzie pytał, czy ktoś wie coś o nowych książkach poZYWANEJ i co w ogóle dzieje się z tą kobietą? Przecież sam prawie przez 6 lat nie miałem odwagi lub motywu, aby zagadnąć ją jako pierwszy, jak wspomnianego niżej B. Warwasa, choć miałem jej wszystkie adresy i telefon do mieszkania rodziców, choć wydzwaniałem po wielokroć po naszych wspólnych znajomych, jakoś mi tak było niezręcznie z takim rozpytywaniem.

[5] Ostatecznie zdecydowała się na studia plastyczne, co zupełnie ją pogrążyło; była oblewana 4 razy. W międzyczasie podejmowała studia na różnych tam archeologiach i polonistykach, by mieć jakieś odprężające zajęcia do następnej sesji egzaminacyjnej na wydziale grafiki. Głównie zajmowała się rysowaniem, widziałem to in live, od wielkiego dzwonu opiekowała się swoim mężem i mną. Zawsze była dwuznaczna. W końcu skonstatowała, że sztuka jest grzechem, wysłała mi jeszcze trochę swych prac, ona zaś kolejnym wcieleniem Edyty Stein. Wylądowała ZATem w klasztorze, gdzie pewnie myje schody i inne przyległości tak, jak jej słynna poprzedniczka. — Na tym mankiecie: Na studia polonistyczne czy filozoficzne nie idzie obecnie nikt normalny, tylko ta, której podwinęła się noga na maturze i ma za mało punktów, aby załapać się na jakiś frapujący kierunek studiów. Potwierdza to test, jaki przeprowadziłem na pyskbuku na sporej grupie uczestniczek. Kto ma odrobinę oleju w łbie, idzie na medycynę lub ogrodnictwo, robi specjalizację i kasiorkę. Więc jest mało prawdopodobne, by ktoś na poważnie zajął się interpretowaniem poezji poZYWANEJ. Zresztą mało kto lubi ryzykować, i to zarówno student, jak i jego promotor. Kiedyś, za dobrych czasów, znajoma chciała pisać o mnie pracę magisterską. Jej profesor zbeształ ją: „Przecież Pańta żyje, nie słyszałem, żeby zmarł!?” Interpretuje się to, co już zostało ustalone przez śmierć, co ma swoją markę lub nazwisko, potem można je tylko umacniać, utrwalać.

[6] Z moich znajomych w ten sposób znikł Bogdan Warwas, poeta z Wrocławia, wedle E. Dyczka zmarły młodo na raka. Prawdopodobnie poznałem go na tych warsztatach w Augustowie. Kiedyś dostałem list od jego przyjaciela, który w wydawnictwie „Atut” zamierzał opublikować tomik jego wierszy. Cóż, tylko że one gdzieś wyparowały, unicestwiły się, uratowało się trochę w almanachu „Pomosty”. Wedle zachowanej korespondencji część jego dorobku miała być u mnie, ale nie przypominam sobie ani wierszy ani korespondencji. W jego papierach jest mój tomik, co niczego jeszcze nie dowodzi. – Jak się zmotywuję, przetrząsnę wszystkie moje szpargały, może w końcu coś wypłynie z jego dorobku.



Top of Form


Jerzego S. Czajkowskiego zmagania z historią

 

Wesela i smutki

 

Jerzy Stanisław Czajkowski, poeta, prozaik, dramaturg, publicysta urodził się 13 stycznia 1931 roku z matki Józefy z Miernickich i ojca Stanisława Czajkowskiego w majątku rodzinnym Ościsłowo pod Ciechanowem. Przyszedł na świat w małej wiosce, lecz rodzina związana była parantelami – jak niesie legenda – z wybitnymi przedstawicielami kultury i publicznej aktywności. Był spokrewniony podobno ze znakomitym kompozytorem Piotrem Czajkowskim. Ojciec wielkiego muzyka został za udział w powstaniu styczniowym zesłany na Sybir i tam po ułaskawieniu stając się generałem i dyrektorem departamentu technicznego przy carze, założył rodzinę, z której wywiódł swe korzenie znakomity artysta – syn.

 

Z pnia rodziny Czajkowskich pochodził dość powszechnie znany acz kontrowersyjny Michał Czajkowski – Sadyk Pasza, wielki polityk, dowódca, pisarz, postać tragiczna. Od sułtana Medżiba otrzymał tytuł książęcy oraz majątek ziemski. Był doradcą Wielkiego Dywanu (rządu Turcji), po nieudanych próbach wskrzeszenia polskiego wojska wrócił pod koniec życia do zaboru rosyjskiego, gdzie się zastrzelił. Lecz to on założył Adampol w Turcji nazwany tak na cześć wielkiego poety polskiego, Adama Mickiewicza, on podtrzymywał ducha narodowego i przyczynił się do tego, że Turcja nigdy nie uznała zaboru Polski. Jako pisarz uważany był za prekursora Henryka Sienkiewicza.

 

Bohaterem bliskim i znanym Jerzemu S. Czajkowskiemu, nie tak sławnym jak poprzedni, był rotmistrz AK, Rudolf Czajkowski, cichociemny, brat stryjeczny, który pomówiony i oskarżony przez sąd wojskowy, został skazany w 1953 roku za przeciwstawianie się zbrodniom stalinowskim na karę śmierci. Zabito go w więzieniu mokotowskim, natomiast jego kat, Stefan Michnik uciekł w 1957 roku do Szwecji i pod nazwiskiem Szwedowicz dożył późnego wieku.

 

Ojciec Jerzego S. Czajkowskiego był rolnikiem, działaczem niepodległościowym, gospodarczym i społecznym na Mazowszu. Z jego inicjatywy powstały trzy gmachy sierocińca dla dzieci, włącznie ze szpitalem, dom dla inwalidów wojennych na Gołotczyźnie pod Ciechanowem, szkoła rolnicza. Przed wojną przyjaźnił się z Aleksandrem Świętochowskim i namawiał go usilnie, by pisał o potrzebie oświaty dla dziewcząt, skłonił, by patronował budowie szkoły rolniczej z internatem i powstaniu szkoły gospodyń wiejskich. Prześladowany za udział w ruchu oporu w czasie II wojny światowej – w czasach stalinowskich – dwukrotnie był pozbawiany pracy, a nie mając środków do życia, stał się zupełnie bezradny, by na koniec zostać wygnanym z miejsca zamieszkania. Zmarł w 1952 roku jako ofiara terroru stalinowskiego. Ucierpieli inni w rodzinie Czajkowskich.

 

Jerzy S. Czajkowski tak wspomina najdawniejsze czasy swego życia i okolice, w których je spędził: „Urodziłem się w zaścianku Ościsłowo w Ciechanowskiem. Zaścianek ów znajduje się pomiędzy rzeczką Stanica, wyschniętym dawnym jeziorem oraz resztkami wielkiej puszczy Zakrzeńskiej. Przez ów zaścianek wiodły trakty handlowe Wschód – Zachód, Północ – Południe. Zaścianek ten był samowystarczalny. W pobliżu wypalano rudę (Huta Garwarska), kopano torfy na opał, siano konopie na powrozy, siemię – len na bieliznę, hodowano owce na ubrania i kożuchy, trzodę chlewną i nade wszystko konie, wszelkiego rodzaju drób. Wśród tych trzód, pastwisk – łąk, pól, ziem uprawianych pod zasiew zbóż i okopowych spędziłem swoje dzieciństwo i lata chłopięce. Pasjonowały mnie wypasy, prace polowe, obserwowanie jak wzrasta zasiane zboże, kukurydza, koniczyna czy sadzone sosenki i świerki, olszyny. Nade wszystko pasjonowało mnie życie dzikich zwierząt w puszczy i w krzewinach wyrosłych na dnie dawnego jeziora. Lubiłem obserwować jak z zasianych ziaren urasta zboże na chleb, wypieki, lny na bieliznę i ubrania – cóż to był za raj! W rzeczce było pełno ryb, dopóki jej nie uregulowano. Intrygował mnie w puszczy Wielki Dąb, ów bowiem był czczony jak święte drzewo. Bryczki, wolanty, linijki, sanie, którymi jeździło się przez puszczę na mszę do kościoła i na odpusty czy jarmark – jakżeż to dostarczało bogactwa przeżyć. Po drodze było jeziorko na miejscu, gdzie kiedyś mieściła się karczma. Za grzechy…”.

 

„No i te snute wieczorami przekazy starych ludzi o dawnych zajazdach, potyczkach z napadającymi Krzyżakami. Wszak niezbyt daleko od wsi leży Niedzbórz i Spychowo. Opowieści i o bitwach powstańczych pod Rydzewem, zsyłkach i powrotach z nich. To znów wizyty po owoce u kolonistów niemieckich z którymi koegzystencja układała się wszystkim pomyślnie (do 1 IX 1939!). 3 września 1939 roku do wsi wjechały czołgi ze swastyką. Spaliły naszą szkołę. Później byli narażeni na szwank i krewni Akowcy, którzy ukrywali się w bunkrach, w ogrodach, w puszczy.” Jerzy S. Czajkowski przed wojną skończył dwie klasy gimnazjum, a przez jakiś czas pod okupacją musiał wraz z bratem ukrywać się przed wywiezieniem na zniemczenie do Reichu. Wcześniej związał się z partyzantką, brał udział w tajnym nauczaniu, później pełnił rolę gońca, zostając łącznikiem AK. Był prześladowany w ramach odpowiedzialności zbiorowej i w czasach stalinowskich, kiedy skończyła się wojna. A pozbawiony ojca musiał łączyć naukę z zarobkowaniem, pomagając w pracy na roli matce.

 

Do szkoły podstawowej uczęszczał w Ościsłowie, natomiast dalszą naukę pobierał z początku w gimnazjum handlowym w Ciechanowie. Z uwagi na początki gruźlicy płuc zmienił szkołę na Liceum Administracji Finansowej w Warszawie. Przed maturą przerwał naukę i wyjechał do sanatorium w Otwocku. Dzięki lekarzom odzyskał zdrowie, lecz brak środków do utrzymania sprawiał, że musiał podjąć pracę (maturę dopiero uzyskał w liceum księgarskim w 1960 r.).

 

Nie chciał iść drogą ojca, wierzył, że w przymierzu z nową władzą osiągnie sukces osobisty i publiczny. Od marca 1947 roku należał do ZMP (przed zjednoczeniem był członkiem ZMD). Do organizacji szkolnej Państwowego Liceum Administracji Finansowej należał od września 1949 roku pełniąc funkcję kierownika propagandy i agitacji zarządu szkolnego. Trwało to tak do chwili wyjazdu do sanatorium. Przewodniczący zarządu szkolnego ZMP przy liceum wydał mu taką opinię: „moralnie bez zastrzeżeń, jest nerwowy, lecz potrafi się zawsze opanować.”

 

Pracę zawodową rozpoczął jako korespondent w redakcjach różnych czasopism („Trybuna Wolności”, „Wieś”, „Trybuna Mazowiecka”) w początkach 1950 roku. Już jednak od 16 sierpnia tego roku pracuje w Głównym Urzędzie Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, a 15 kwietnia następnego roku po upływie 3 miesięcznego zwolnienia na czas choroby zakład pracy rozwiązał z nim umowę.

 

Wrócił do rodzinnej wsi Ościsłowo, gdzie od 16 kwietnia 1951 roku do 30 listopada następnego pomagał w gospodarstwie rolnym matce wdowie, Józefie. Po tym czasie (od 1 grudnia 1951 roku) do końca roku 1954 pełnił funkcje kierownika Gminnej Biblioteki Publicznej w Ościsłowie. Wyniki współzawodnictwa osiągał wysokie, łączył bowiem pracę zawodową ze społeczną i niejedną godzinę przesiedział w placówce poza godzinami zajęć. Jego biblioteka zdobyła I nagrodę w rywalizacji na najlepszą bibliotekę w województwie warszawskim.

 

W latach 1951 – 1957 jako współpracownik wielu redakcji i dostarczyciel tekstów dziennikarskich oraz zdjęć nauczył się fotografii zawodowej w zakładzie Foto „Studio” w Warszawie odbywając praktykę w zakresie wykonywania prac laboratoryjnych, retuszu, technik fotograficznych. Pracował pod kierunkiem starszego cechu, fotografa Władysława Miarnickiego. Przy tym zdobywał ostrogi fotoreportera.

 

Od drugiej dekady grudnia 1954 roku do 31 lipca następnego pełnił rolę instruktora zespołów artystycznych wydziału kulturalno-oświatowego Wojewódzkiego Związku Samopomocy Chłopskiej w Warszawie. Nie mogąc później znaleźć nowego zatrudnienia w stolicy postanowił wyjechać do Zielonej Góry, na Ziemie Zachodnie, gdzie otworzyła się szansa objęcia stanowiska kierownika wydziału w Wojewódzkiej Radzie Narodowej. Od 1 lipca 1956 roku pełnił obowiązki redaktora ekspozytury Polskiego Radia w Zielonej Górze stając się odpowiedzialnym za dział łączności z „terenem”, a za obowiązek miał napisanie w miesiącu dwóch reportaży i opracowanie 15 informacji do dziennika radiowego. Na tym stanowisku pozostawał do 30 września 1956 roku. Jednocześnie współpracował z pismami warszawskimi: „Robotnikiem Rolnym”, „Chłopską Drogą”, innymi pismami, przesyłając do niech reportaże, informacje i fotografie.

 

Tak się złożyło, że w tym czasie, w październiku 1956 roku, powstał głośny ruch literacki: wystąpiło pokolenie „Współczesności”, którego inspiratorem był obok Leszka Szymańskiego, Mariana Ośniałowskiego, Romana Śliwonika, Janusza Żernickiego – Jerzy Stanisław Czajkowski, redaktor od chwili powstania pisma, od listopada 1956 do 1 czerwca 1958 roku, założyciel klubów literackich „Współczesności”, inicjator spotkań literackich, festiwali i zjazdów.

 

Jerzy Leszin Koperski tak wspomina aktywność Czajkowskiego z tego okresu: „organizowane przez niego wieczory i sympozja poetyckie są znakami jego wielkich pasji literackich, rzadkich i zapewne jedynych wśród zespołu i środowiska „Współczesności”. Sądzę, że to jego działanie bardzo zbliżało środowiska literackie w Polsce. Jak dziś pamiętam wieczór pod „Kamiennymi Schodkami” na Starym Mieście w Warszawie. Na spotkanie, zaproszeni przez Jurka, z Torunia przybyliśmy po południu, a była chłodna, deszczowa jesień. Dyskusja była – nawet dla nas – tak bardzo ognista i szalona, że nad podziw spokojnie prowadzący spotkanie Czajkowski nie zapanował nad samym sobą i w niebywale ostrych słowach skarcił m.in. moje i Żernickiego wystąpienie. Ja mówiłem o poezji metafor Peipera, Janusz o Przybosiu. Drwiliśmy z debiutanckich tomików m. in. RR (chociaż sądzę, że wówczas były to jedynie pompatyczne słowa, bowiem RR JS jest jego najważniejszym tomem i wraz z Stanisławem Grochowiakiem, Ireneuszem Iredyńskim, Ernestem Bryllem, Stanisławem Czyszem, nawet dla całego pokolenia „Współczesności”.) Ale najwybitniejszym był i pozostanie Stanisław Grochowiak, jak wśród poetów Hybryd Sadowska, Żernicki, Stachura (myślał o tych, którzy odeszli). I jeszcze najwybitniejsi krytycy i eseiści tych dwóch pokoleń – Piotr Kuncewicz i Andrzej K. Waśkiewicz (także poeta). To tyle o Jurku jako animatorze i moim przyjacielu z okresu naszych „bojów” o ruch literacki. Dodać należy, że Leszin Koperski spotkał osobiście i zaprzyjaźnił się z Jerzym Czajkowskim bezpośrednio w Otwocku, gdzie ten przebywał na leczeniu niemal cały 1959 rok. Nazwał Jerzego marzycielem i człowiekiem niewygodnym, którego odsuwali różni kolesie i poetyccy przeciętniacy.

 

Jako autor wierszy zadebiutował w 1957 roku, pojawiając się na kartach „Almanachu Młodych” (Wydawnictwo „Iskry”). Miesiąc za miesiącem wykazywał nieustającą aktywność twórczą drukując wiersza w „Kamenie”, „Faktach i Myślach”, „Nowej Kulturze”, „Orce”, „Przeglądzie Kulturalnym”, „Współczesności” oraz w wydawnictwach zagranicznych. Głośnym echem odbiły się jego publikacje na pierwszej stronie „Wiadomości” londyńskich (numer z 20 kwietnia 1958) oraz w „Action Poetique” (Paryż 1958) w przekładzie poetki Suzanne Arlet (krytyk Pierre Guidi ocenił wiersze jako wybitne). Publikacje zagraniczne stały się przyczyną usunięcia Czajkowskiego ze stanowiska redaktora „Współczesności” z dniem 1 czerwca 1958 roku i dania mu „wilczego biletu”, ograniczającego a i wręcz uniemożliwiającego mu dalsze publikacje.

 

System obszedł się z Czajkowskim bezwzględnie, wręcz rzucił go w objęcia zależności. Jeszcze do 31 marca 1959 roku pracował na etacie w Wydawnictwie Prasowym „Ruch”, zaraz po odejściu z niego stał się pracownikiem Zarządu Głównego Towarzystwa Szkoły Świeckiej, gdzie był zatrudniony do 30 października 1959 roku. Później jakby ustabilizował się jako urzędnik i ustatkował pod względem postawy politycznej bo przez ponad 5 lat przepracował w Wydawnictwach Artystycznych i Filmowych na stanowisku starszego redaktora w redakcji wydawnictw nieperiodycznych. Specjalizował się w zakresie edycji książek z dziedziny teatru. Opracowywał pozycje z tematów estetyki, pamiętnikarstwa i dokumentacji teatralnej.

 

W tej oficynie redagował a czasem opracowywał Jerzy S. Czajkowski znakomite książki, z których największe zaszczyty spotkała praca Stefana Jaracza „O teatrze i aktorze”, odznaczona nagrodą Ministerstwa Kultury i Sztuki oraz Polskiego Towarzystwa Wydawców za najlepszą książkę roku 1962. W tym samym czasie ukazały się w tej oficynie znakomite prace: Wojciecha Bogusławskiego: „Aktorzy warszawscy” (tytuł nadany przez J.S. Czajkowskiego), wybór pism Karola Frycza, „Myśl teatralna Młodej Polski” w wyborze Ireny Sławińskiej i opracowaniu J.S. Czajkowskiego. 31 stycznia 1968 roku zatrudnił się na niecały rok w Archiwum Państwowym m. st. Warszawy i Województwa Warszawskiego. Dopiero znaczące wyniki redaktorskie przyniosły mu dłuższą pracę na stanowisku starszego redaktora w Państwowym Wydawnictwie Naukowym, wykonywaną w ciągu trzech lat z okładem.

 

Równocześnie w latach 1966 – 1968 odbywał studia magisterskie na Wydziale Historyczno – Socjologicznym w Wyższej Szkole Nauk Społecznych ze specjalnością socjologii kultury. Jerzy S. Czajkowski złożył egzamin magisterski z wynikiem dobrym, wieńcząc go pracą na temat „Funkcje społeczne i formy działania instytucji kulturalnych na terenie peryferyjnej dzielnicy miasta (na przykładzie dzielnicy Warszawa – Wola”) pod kierunkiem naukowym dr. Jerzego Kossaka. W marcu 1968 roku rada wydziału uczelni przyznała Jerzemu S. Czajkowskiemu tytuł magistra socjologii.

 

Jako twórca był wciąż poza nawiasem autorów drukujących. Jego tomik „Zadymione pejzaże” Biuro Wydawniczo – Propagandowe „Ruch” skazało na przemiał. Wybór wierszy złożony w wydawnictwie „Iskry”, również wycofało przed drukiem. Nie dość tego, po publikacjach w „Życiu Literackim” i „Literaturze” wzywano Czajkowskiego do tłumaczenia się z niesubordynacji w MSW, a Jerzemu Putramentowi polecono wypisanie pisarza z podstawowej organizacji partyjnej koła twórczego Związku Literatów Polskich.

 

Po rozwiązaniu umowy o pracę z PWN 31 sierpnia 1971 roku niebawem obejmuje stanowisko sekretarza redakcji „Literatury na Świecie”. Od 1 października 1974 roku do 26 czerwca 1980 jest redaktorem w dziale poezji i krytyki literackiej Redakcji Wydawnictw Seryjnych w Krajowej Agencji Wydawniczej. W 1975 roku wydawnictwo „Iskry” podpisało z nim umowę na wydanie tomiku wierszy „Dalekie drzewo”, który został wydany w roku następnym. Dwa lata później dyrektor Krajowej Agencji Wydawniczej podpisał z nim umowę na wydanie tomiku wierszy „Pasje i pasjanse”, który ukazał się w 1978 roku. Jednocześnie w KAW pod redakcją Czajkowskiego (wespół z I. Krasińskim) ukazały się dwa tomy monografii „Europa”, w tym rozdział „Drogi kultury europejskiej”. Pracując w redakcji poezji i krytyki literackiej pisał recenzje wewnętrzne z tomów wierszy wpływających do wydawnictwa, czytał, redagował, adiustował, opracowywał. W 1989 roku leczył się ponownie na płuca.

 

Potem przez ponad 9 lat pracował na stanowisku starszego redaktora w Wydawnictwie Książka i Wiedza, a dopiero w czasie przełomu 1989 roku dostał wymówienie za wypowiedzeniem pracy. Na krótko przed odejściem z Wydawnictwa, 23 lutego 1987 roku, został przyjęty w poczet członków ZLP (niestety, tak późno!). Miał za sobą wydanie drugiego (oficjalnie!) tomiku wierszy „Śmiech Pompei” (Wydawnictwo Bellona, 1987), pomijając tomik „Polski krajobraz” (Wydawnictwo „Wiadomości” Londyn 1959).

 

Pod koniec swojej aktywności zawodowej przystał do lewicy, co było jego błędem, bo wiele ucierpiał, tak on jak i jego rodzina, z powodów politycznych. Był pracownikiem Centrum Kształcenia i Badań, a potem długo nie pozostającej przy życiu SDRP. Rok 1992 zaznaczył się staraniami o wyjazd do Adampola w Turcji celem zebrania materiału do książki „Agent główny” o Sadyku Paszy – Czajkowskim i jego żonie Ludwice Śniadeckiej. Osobny wniosek poszedł do komisji zagranicznej ZG ZLP na wyjazd studialny do Rumunii, gdzie o Sadyku Paszy było wiele nieznanych materiałów. W tym czasie – początku lat 90-tych XX wieku – po przejściu na emeryturę Czajkowski skupił uwagę nie tylko na twórczości oryginalnej, ale i zaczął intensywnie tłumaczyć. Przekładał z poezji ukraińskiej, francuskiej, z poetów holenderskich. Drukował w ZSRR, Jugosławii, Anglii, Francji. Książkę o Sadyku Paszy po podróży na południowy wschód napisał, lecz nie wydał (podejmuje w niej w ogóle wątek działań polskich oficerów w Turcji i na Bałkanach w połowie XIX wieku). Autor wyjechał co warto objaśnić – na zaproszenie związków literackich Bułgarii i Rumunii, a tę podróż spożytkował przede wszystkim turystycznie (dostała się ona jaka wiodący motyw do wierszy Czajkowskiego).

 

W latach 90-tych przeszedł zrazu na rentę a potem na emeryturę. Osamotniony, schorowany, choć rządny sukcesu, oddawał się pisaniu „Dziennika poety XX i XXI wieku” (od 1991 roku), oceniając na bieżąco ludzi, fakty, bieg zdarzeń, życie publiczne znane tylko w tajnym stowarzyszeniu. W ostatnim czasie ukończył książkę powieść „Polska natchnieniem narodów świata”, gdzie w sprzeczności ze swymi incydentalnymi opiniami dowodzi, że Polacy to najbardziej odważny i inspirujący świat naród.

 

Wypada jeszcze podać przynajmniej listę utworów wydanych przez Jerzego S. Czajkowskiego, przeważnie tomików wierszy. Są to poza wcześniej wymienionymi „Milczy las” (Jaskółka 1995), „Wiersze wigilijne” (Polska Oficyna Wydawnicza 1997, 2004), „Cienie Gibraltaru” (Jaskółka 1999), „Proroctwa polskie” (Wydawnictwo Anagram 2005), „Śmigły” (Jaskółka 2005, dramat sceniczny), „Białe pasjanse” (Muzeum Pozytywizmu 2007).

 

Pisarz, zwłaszcza w ostatnich latach, miał drukowane wiersze w licznych antologiach i wyborach. Jego utwory znalazły się w publikacjach: „Opinogóra w wierszach” (1986 Ciechanów), „W blasku legendy”. Kronika poetycka życia J. Piłsudskiego (1988), „XV World Congress of  Poetry” (1994 Taipei), The Olympoery Novement Comitee (1996, New York), „Słowem ocalić słowo” (1997 Ciechanów), „Polish Writer of America” (2006 USA), „Tropami Sienkiewicza” (2006 Ciechanów). Wiersze Jarzego S. Czajkowskiego trafiły do młodzieży szkolnej. W podręczniku do ćwiczeń w mówieniu i pisaniu „Myśl i mowa”, wydawanym co roku od 1998 roku przez Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, znalazł się jego wiersz patriotyczny „Nike Warszawska”. Z kolei w podręczniku – antologii „Lektury Literackie” wydanym przez Oficynę Zielona Sowa w Krakowie w 2004 roku wydrukowano kilka dalszych wierszy pisarza, wyróżniających się w jego dorobku.

 

Jerzy Stanisław Czajkowski to przede wszystkim poeta który w ostatnich latach sięga raczej po formy dyskursywne (reportaż, dziennik, publicystyka). Jego sztuka nie tak łatwo poddająca się scaleniu ceniona jest zwłaszcza w środowisku warszawskim i na Ziemi Ciechanowskiej. Szkoda, że nie została w całości wydana, ale zasługuje nie tylko na uwagę bo i na odbicie w lustrzanej toni świadomości czytelnika.

 

Kroki zbuntowane

 

Dramat w życiu Jerzego Czajkowskiego, wynikający z odstępstwa ideowego od doktryny jego czasów lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, nastąpił w 1958 roku, potem tylko wyniknęły dalsze jego reperkusje. Ale zanim nastąpił, długo trwały antecedencje, wypadki go poprzedzające. Już powód pierwszy nieszczęścia zawierał się w genealogii poety. Jerzy Stanisław Czajkowski pochodził ze zdeklasowanej szlachty, której przodków, za udział w powstaniach, wysłano na Sybir, konfiskowano im mienie, zmuszono do ucieczki do obcych krajów. Jerzy już w dzieciństwie oglądał mnóstwo pamiątek rodzinnych w różnych częściach Polski; odznaczenia, dyplomy, nagrody. Jednym słowem, pochodził z rodziny od pokoleń walczącej. Wychowywany przez ojca, działacza AK i zarazem sędziego sądu Akowców, często nosił tajne rozkazy, przekradając się przez obławy niemieckie. A wykrycie „bibuły” groziło zabiciem.

 

Na własne oczy widział trupy polskich żołnierzy września 1939 roku, którzy polegli podczas odwrotu ze słynnej bitwy pod Mławą; trupy Akowców zamordowanych przez gestapo, w tym i jego, chłopca, rodziny; trupy w czasie wyzwalania rodzinnych jego stron przez Armię Czerwoną, która przeganiała Niemców z Polski. Rosjanie byli dla niego bohaterami, a zwłaszcza major NKWD, który kwaterował w dworku rodzinnym Czajkowskich, we wsi Ościsłowo pod Ciechanowem, jako komendant ciechanowskiego GRU (wywiad wojskowy). Ostrzegał ojca, że powinien podążać za frontem, ciągnącym do Berlina, a następnie osiąść na Ziemiach Odzyskanych, gdyż są donosy na niego ze strony PPR. Ojciec, nie czując się winnym, nie posłuchał tej rady i wkrótce po wyjeździe majora został uwięziony w lochach Bezpieczeństwa.

 

Jeśli przywołujemy te sprawy, to dlatego, by czytelnik zrozumiał, dlaczego dzieci Akowców, wychowane na widokach trupów, za wszelką cenę chciały zmienić tę wizję, uczyć się, żyć i pracować pożytecznie dla Ojczyzny. Ale zjawiskiem codziennym było głodowanie, brak środków do życia, nędza. Niedostatek nie ominął i domu Czajkowskich. Aby mu zaradzić, przyjaciel ojca Jerzego, komendant AK na Ciechanowskie, porucznik „Chmura” Trentowski rozkazał Jerzemu wstąpić do PZPR, mądrze motywując, że to wina Zachodu, że Polska znalazła się w dramatycznej sytuacji po wojnie; że on mniej o to oskarża Rosjan, więcej Zachód.

 

Ale godzi się odnotować parę szczegółów wcześniejszych. W wyniku prześladowań rodziny Czajkowskich przez UB i PPR, z biedy i zniszczenia organizmu, Jerzy zachorował w 1951 roku na chorobę płuc. Ojca po raz kolejny wyrzucono z pracy, w zaścianku założono kołchoz, rolników nazwano kułakami. W wyniku rozkułaczania (rodzina posiadała 25 ha ziemi) rolnicy popadali w coraz większą biedę, gnieceni podatkami i obowiązkowymi dostawami. Jerzego od cięższego stadium gruźlicy uratowali lekarze w szpitalu i sanatoriach w Otwocku. I tam też, w sanatorium Jerzy zaczął pisać wiersze. Tworzył je głównie z inspiracji wspaniałej przyrody – rezerwatów w stronach rodzinnych. Widząc jednak, że wokół umierają młodzi ludzie, ogarniała go trwoga, a w chwilach buntu rzucał wyzwanie śmierci. Pytał: dlaczego Bóg pozwala, że umierają niektórzy tak wcześnie? Stąd całe filozofowanie młodego poety: próba pojedynku z Bogiem na wzór Mickiewicza i Słowackiego. W 1951 roku Czajkowski zadebiutował u Stanisława Jaworskiego w lubelskiej „Kamenie” wierszem „Sanatorium”, głoszącym zwycięstwo śmierci. Potem swoje wiersze, artykuły, reportaże, najpierw w prasie wiejskiej, w tym literackiej jak „Wieś”, drukował już często, także w gazetkach codziennych, ogólnopolskich, upubliczniał w radiu, z czasem w telewizji. Brak pracy, gruźlica – utrudniały mu studiowanie, w dodatku odmawiano mu stypendium jako synowi Akowca i kułaka. Sytuację miał nie do pozazdroszczenia, ale pracując dorywczo, nie zaprzestawał działań kulturowych. To on z innymi młodymi zainicjował ruch „Współczesności”, który dorobił się pisma pod tym tytułem, a z czasem otrzymał nazwę pokolenia.

 

Nastawienie prawicowe, antykomunistyczne, widocznie zwróciło uwagę liderów opiniotwórczych z Zachodu, skoro attache kultury ambasady USA w Warszawie – Mr Szymański, zaprosił Jerzego na bal sylwestrowy w ambasadzie swego kraju. Jako poeta darzył go wielką przyjaźnią. To on poznał go z prof. Ordonem, który przełożył i wydrukował jego wiersze w USA. I co ciekawe, te same wiersze, w brzmieniu oryginalnym, polskim, znalazły się wkrótce potem na szpalcie „Wiadomości” londyńskich, które prowadził przedwojenny ich naczelny, Mieczysław Grydzewski. Co wyniknęło z tej publikacji, będzie wiadomo, na razie warto skupić się na treści i ukierunkowaniu tych wierszy, które tak mocno wstrząsnęły świadomością aparatczyków PRL-u.

 

W piśmie na jednej kolumnie ukazało się dziewięć znamiennych wierszy Czajkowskiego. Niejako programowy był wiersz „Wyzwanie”, gdzie autor wyrażał sprzeciw wobec nikczemności złych i głupich ludzi, opowiadał się za walką człowieka z chorobą, z fatum klęski. To był wiersz buntowniczy, jakby utrzymany w tonacji wierszy Broniewskiego, tylko z przeciwstawną wymową. Poza tym autor nie zachowywał tradycyjnej meliki, starał się przez wiersz wolny przekazać jeszcze głębszą niż znana w tradycji poezji polskiej ekspresję. Ten wiersz, niejako programowy, warto przytoczyć w całości:

 

ustawcie się w szeregi grenadierzy

myśli

nie narzekajcie

nie zadrutowaną przestrzeń

złamcie kraty łez

zawiążcie krawat w krzyż

niech sterczy

ustawcie się w szeregu

grenadierzy

zakrwawionych ołtarzy

otwórzcie grób

zamordowanych marzeń

 

Czyż nie jest ten utwór apelem do sumień o zachowanie, choćby świadomości, dawnej, sprawiedliwej Polski? Czyż nie jest oskarżeniem przemian, które nastąpiły nie z woli narodu, a wbrew niemu, nie nawet okneblowanemu, ale zadrutowanemu jak zwierzę? był to sprzeciw, bunt i bluźnierstwo, – które jako obrócone wobec innej tendencji politycznej – musiało zabrzmieć złowrogo. Musiało zwrócić na siebie uwagę decydentów ładu i nieładu w Polsce zniewolonej.

 

Wiersze ukazały się w numerze „Wiadomości” z 20 kwietnia 1958 roku. Musiały robić wrażenie, skoro w tym samym numerze pisma redaktor Grydzewski zamieścił ich ocenę, podobnie jak drukowanych obok wierszy Lechonia, Wierzyńskiego i Hemara. Ale abstrahując ód priorytetów naczelnego, czysto po ludzku, z oddaniem sprawiedliwości powadze tematu, warto zatrzymać uwagę na otwierającym kolumnę wierszy Czajkowskiego wierszu „Szedłem”. Był on egzystencjonalnym przesłaniem przekonania, że człowiek jest tworem Boga i nawet kroplą Stwórcy, więcej ma wielkie pokłady dobra i tylko inni ludzie czynią go złym, popychają do upadku, do błądzenia, a przykład tego błądzenia dał autor w wierszu „Europa”.

 

Ten wiersz był wyrazisty politycznie w tym sensie, że wykazywał zbrodnie w Europie – Europejczyków właśnie, którzy się nawzajem zabijali, z chęci zysków w interesach doraźnych, choćby jako producenci broni. Autor pisząc ironizował:

 

jakaś piękna Europo

jakaś wielka

żal mi że krew

twoje ciało obmywa

lecz bardziej żal

że twoim imieniem nazywają

zadrutowany wagon

u niego tylko bielmem oczu wypływa

 

„Zadrutowany wagon” oznaczał zniewolenie umysłów całych narodów, ograbienie ich z nadziei wiary w Boga, z dorobku całych pokoleń innych narodów. Tym zbrodniom Europejczyków rzuca poeta wyzwanie – wyzywając ich od handlarzy broni, śmierci i proroczo wieszcząc inną rzeczywistość, wyrażoną już w wierszu „Polski krajobraz”:

 

już dużo obcych ciał

na mojej ziemi

a tak mało tak coraz mniej

zieleni

dawnych lasów zapachu

 

odejdą handlarze zieleni

zakwitnie

na przekór czerwonym dłoniom

 

Była tu jakby wyrażona pochwała gąszczy, które skrywały niepoddających się partyzantów, był wyartykułowany sprzeciw wobec egzotycznego pierwiastka, zalewającego lechicki kraj, było na końcu wyrażone proroctwo klęski czerwonego komunizmu, który „miał” skrwawione dłonie: Rosjan, Polaków, Żydów, Ukraińców itd.

 

Pojawiły się akcenty z goła indywidualne, czy raczej nacechowane „ja” lirycznym. Jakże pozornie nawinie brzmiały pytania podmiotu odnoszące się do rzeczywistości martyrologicznej („Takie sobie reinkarnacje”):

 

powiedz dziewczyno

czy są na świecie ludzie

którzy wyłupiają innym oczy

kiwasz głową

a za co ludzie wyłupiają ludziom

oczy

 

Tak się ma liryka „miłosna” w poezji Czajkowskiego w kilka lat po wojnie. Czerpie wiele z Różewicza, a jakby poprzedzała wyrafinowanie historyczne Herberta. Akcenty osobiste nabierają dosłowności w wierszu „Moja młodość”, gdzie autor werystycznie „cytuje” swój tragizm biologii i świadomości:

 

spalone nerwy

zżarte płuca

kości przestrzelone

krew

myśl zatruta

zamordowane dwadzieścia lat

 

Nie ulega wątpliwości, że autor patrzył krytycznie, więcej, z poczuciem klęski na lata minione swojego życia. Pod jego piórem powstała poezja buntownicza, nawet można powiedzieć – rewolucyjna, z tym, że obrócona przeciwko nowej rzeczywistości, Polsce Ludowej. Uwidocznił się wyraz odwagi, niemal partyzanckiego czuwania bojowego nakierowanego na porządek prorosyjski. Jeszcze dalej posuwał się autor w swym sprzeciwie wobec nowego porządku w wierszu pt. „Życie ma sens?”, który w całości brzmi:

 

jestem

dla kogo

na co

po co

ziemia zatruta radioaktywnym

deszczem płacze

dlaczego ludzie modlą się żeby

spadły deszcze?

 

Wiadomo, co miały zwiastować deszcze radioaktywne i gdzie ludzie modlili się, aby padały. Co miały przynieść dla zniewolonego kraju, w jakim mieszkał autor: upokorzonego i zniszczonego tak z zewnątrz, jak i w środku? Ileż trzeba było odwagi, by takie słowa wypowiadać w rzeczywistości roku 1951? Jakżeż niepomnym reperkusji trzeba było być! I należy tu dodać, że w sumie na łamach „Wiadomości” londyńskich ukazało się 9 wierszy Czajkowskiego, utrzymanych w takim duchu. Jedne były bardziej sentymentalne, inne mniej, jedne dosłowniejsze, jedne zmetaforyzowane – ale bez wyjątku odnosiły się do sytuacji człowieka młodego żyjącego w podległym kraju, w którym zabrakło nie tylko chleba, ale i wolności. Co przyniosła taka postawa? Czy protest poety na łamach „imperialistycznego” pisma przeszedł bez echa?

 

Wiersze wywarły duże wrażenie nie tylko na redaktorze naczelnym „Wiadomości”. Także na czytelnikach polskich za granicą. Fama o nich dotarła też do kręgów opiniotwórczych Warszawy. A naczelny pisma, Mieczysław Grydzewski w liście do Jerzego Czajkowskiego ocenił je jako wybitne i zapraszał go na dwa tygodnie, na koszt redakcji, do Londynu. Po druku wierszy przesłali z Londynu także w listach wyrazy uznania Bolesław Taborski i Jerzy Niemojewski. I na propozycję Jerzego Czajkowskiego utworzyli polski klub literacki „Współczesność” w Londynie oraz oddział redakcji „Współczesności”. Podziałało to na komunistów rządzących Polską jak płachta na byka. Jerzy Czajkowski był przesłuchiwany przez KC, MSW, UB a następnie represjonowany. Wyrzucono go z redakcji „Chłopska Droga” i zakazano mu druku na lat 20. Większej kary na pisarza nie można wymyśleć. Ostatecznie, aby zarobić na życie i być w jakimś stopniu przydatnym ludziom, wyjechał na Ziemie Zachodnie i w Zielonej Górze pracował jako kierownik wojewódzkiego wydziału kultury.

 

Chcąc się bardziej ustabilizować i odzyskać prawo druku, zgodził się na propozycje Jerzego Putramenta, każącego mu wstąpić do organizacji partyjnej literatów. Jako członek KC PZPR dał na piśmie rekomendację do rektora Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC, którą Jerzy ukończył z wyróżnieniem w roku 1968-86. Uczelnia stała na wysokim poziomie, miała najwybitniejszą kadrę wykładowców w Polsce. Jakby w niezgodzie ze swoim uprofilowaniem udostępniała skrypty wykładów naukowców zachodnich, oceniający system komunistyczny krytycznie. Nastąpiły wydarzenia marcowe 1968 roku, które były zamachem stanu w KC PZPR, MON i MSW w celu przejęcia władzy przez stalinowskie frakcje (wyrażenie Jerzego Czajkowskiego), przetrzebione przez Gomułkę.

 

Wypadki miały o tyle znaczenie dla Czajkowskiego, o ile równocześnie z nimi przywrócono mu prawo druku. Mógł na marginesie wydarzeń włączyć się publicystyką i wierszami w piętnowanie zbrodni powojennych oraz podkreślać heroizm takich bohaterów narodowych jak gen. Sikorski, gen. Anders, kpt. Raginis, gen. Kleeberg, gen. Fieldorf Nil, rtm Andrzej R. Czajkowski. Z czasem rozpuścił wodze pasji i wyobraźni, stając w obronie najszerzej pojętych wartości narodowych, polskich, tradycyjnych, tak skrzętnie dezawuowanych przez obce nacje i kraje.

 

Zbiory wierszy

Jerzy S. Czajkowski napisał kilka tomików wierszy i w porządku chronologicznym należy je omówić. Nie wszystkie są jednakowej wagi.

Dalekie drzewo (1976)

 

Pantharei? Wszystko płynie! Nie zaprzecza tej filozofii poeta Czajkowski już w początkowym wierszu „Tylko wody meandrują płynąc” – w tomie „Dalekie drzewo” (1976). Powiada on przekonany do kresu niemal wszystkiego (tylko pewne wartości da się wyratować) w słowach: „opadłe liście się nie zazielenią czas do kalendarza się nie przyklei nie wraca tylko wody meandrując płyną”.

 

Wiersz jest ogólny, pojęciowy, zawieszony bardziej w abstrakcji niż w kontekście. Takie wiersze pisywali poeci „Współczesności” (Śliwonik, Drozdowski), i generacji wstępującej do literatury cztery lata przed nimi (Bryll, Ośniałowski, Czycz), ale już miał na nich wpływ poetyki „Hybryd” Gąsiorowski, Jerzyna, Zaniewski). Hieratyczna od początku w publikacjach książkowych będzie ta poezja, a jak wiadomo – powstrzymana w dotarciu do czytelnika po aliansach poety z Zachodem, trafiać będzie w z rzadka pojawiających się tomikach, a często dozowana w wyborach (wiele wierszy przepadło).

 

Tak więc historyczna „Współczesność”, lecz i estetyzacja „Hybryd”, groteska Bursy (któremu jeden wiersz w tym nowym tomie poświęca), powściągliwość Herberta. Niepotrzebnie na oddanie wzorca tej poezji padło tyle nazwisk, choć ma to uzasadnienie nawet w lustrze jej motywów, nie tylko wojennych, także symbolicznych i obcych (zwłaszcza rosyjskich i ukraińskich). Najcenniejsze są w tej poezji wątki osobiste, zwłaszcza prywatne, które pozwalają uniwersalizować obraz z tej podmiotowości autora warto chwilę wspomnieć wstrząsający wiersz „Moja młodość”, drukowany już w „Wiadomościach” londyńskich (1958): „spalone nerwy / zżarte płuca / kości przestrzelone / krzew / myśl / zatrute / zamordowane dwadzieścia sześć lat / ilu nas było / którym karabinem pachniał świat / to nic że boli / powiedz / czy na mojej ziemi będą / jeszcze pachniały kwiaty”. O poecie poniekąd traktują wiersze „Szedłem”, „xxx” („zawsze cię wspomina”) i inne. Autotematyzm tych wierszy jest szeroko rozwiany, nie tylko przez własną osobę i jej doświadczenia, także przez upodobania, zainteresowania, nakierowanie rzeczy.

 

Ważną rolę w poezji Czajkowskiego odegra Nemezis, bogini losu, jako tytuł w dwóch wierszach przywoływany. W jednym stwierdza, że „non omnis ands” – dopóki jest w oczach bogini. Drugi ma postać spowiedzi-płaczu. Ona wszystko rozumie, nawet niesprawiedliwość (oto odpowiedni cytat): „krzywda / nie mnie wołać / krzywda / nie mnie umierać / krzywda u mnie / tylko łka”. I prosi poeta tylko o ocalenie kilku miłości.

 

Tak mało. Czajkowski w tym tomie – wyborze wierszy – jest całym sobą wcześniejszym i późniejszym, lecz bardzo realnym, powściągliwym, dobrze ułożony – także ideowo i jeszcze nie jest Czajkowskim, jakim się okaże.

 

Pasje i pasjanse (1978)

 

Tom wierszy „Pasje i pasjanse” zdawał się zapowiadać poetę znaczącego, jeśli nie wybitnego. Wyrastał on z gleby swego pokolenia „W” („Współczesności”), oddając się pasji pisania wierszy w dwa lata po wystąpieniu rówieśników i na wzór przywódczych modeli wierszowania. Roman Śliwonik w wywołującym wiele szumu (także wśród polityków) wierszu pt. „Węgrom”, jako punkt wyjścia przyjął sytuację naszego pobratymczego kraju nad Dunajem, a w podtekście zawarł ideę wolności, nie tylko bratankom pożądanej. Taki wzorzec przyjęli „współcześciowscy” i taki zastosował na początku swej twórczości Jerzy Stanisław Czajkowski tak dramatycznie odrzucony przez redakcje a przez władzę zesłany na prowincję. Przyczyniły się do tego publikacje tekstów w „Wiadomościach” (Londyn) i „Kulturze” (Paryż), a również i wydanie tomiku wierszy po angielsku na Anglię i Stany Zjednoczone.

 

Co po wielu, bez mała dwudziestu latach z tamtych wydarzeń, tamtych prób buntu, ocala i co podejmuje Czajkowski w tomie wierszy „Pasje i pasjanse” (1978)? Wynosi myślenie wrażeniowe, oparte na przeżyciach własnych i autopsji; liczą się w nim konkret i realia. Rzeczywistość jest umowna, często przerażająca i okrutna jak w impresjonizmie u Rostworowskiego i Zegadłowicza. Na ową płaszczyznę objęta zmysłowo (dotykiem, wzrokiem, słuchem) poeta nakłada a raczej zacieśnia gorset uogólnienia-metafory. Konkret ma tu celowość poetyzującej estetyczności (jak u Przybosia czy Jalu Kurka). Z gry nigdy rzecz a idea jak w myśleniu filozoficznym platońska rodzi znaczenie, właściwe opalizacji znaczeń.

 

Również toczy się w tych wierszach stała walka między signum a significant, o czyste pole do odczytania, żeby było wiadomo, co jakie jest i co jest czyje. Stąd wyróżnić można cztery grupy wierszy, w których jakiś pierwiastek jest dominujący. Jeśli przeważa abstrakt mamy do czynienia z wierszami pojęciowymi, bliższymi „Hybrydom”, które los poezji zawierzyły przede wszystkim metaforze. W tej grupie wierszy, rozwijających hasła jak u Peipera („poemat rozkwitający”) mieszczą się choćby takie „Undyn”, „Malwy”, „Raj”, „Zagadki”, „Styki”. Pisane bezosobowo starają się właściwie dać pojęciom subiektywną bo subiektywną definicję, próbować rozjaśnić rzeczywistość nazwać „po swojemu” świat, który obiektywnie istnieje.

 

Drugi typ wierszy to wiersze sytuacyjne, w których konkret poszerza podmiot albo podmiot wpływa na niwelowanie konkretu. Rzeczywistość kształtowana jest przez autora (mówiąc umownie), a często ona go kształtuje. Ta osmoza, ta wymiana wzajemnych fluidów i sił sprawia, że liryzm tych wierszy jest głęboko ukryty, lecz tym bardziej może dojmujący.  Pozostawia wrażenie. W tej grupie wierszy warto wymienić: „Twój anty – i autoportret”, „Ukrzyżowanie zieleni”, „Brzozy”, „ Szkic do portretu (drugi)”. Znamienne jest zakończenie wiersza „Brzozy”, gdzie następuje uzależnienie losu drzewa i człowieka: „brzozy, moje brzozy / tylko o was się oprę, jeśli nie o siebie”.

 

Inny, ciekawy rodzaj wierszy oddala się od podmiotu w kierunku diachronii, od czasu do przestrzeni i ma charakter historyczny, dziejowy. Takich wierszy pod piórem Czajkowskiego powstanie w przyszłości wiele, teraz pojawiają się jak perełki – z rzadka Można tu wymienić takie wiersze tego typu „Łańcuchy dziewiątego pawilonu”, „Pamięci Staszków…”, „W ostatniej Inków stolicy…”. Czajkowski należeć będzie do szeregu poetów żywo reagujących na wydarzenia historyczne, będzie pełnił rolę jakby nadwornego skryby swego narodu. A przecież tematyka tych jego wierszy okazjonalnych jest pouczająca jak tu: „opamiętaj się bracie / wszak… / starcem tym nie będziesz / ty! / na parapecie / nowojorskiego hotelu / Excelsior”. („W ostatnich Inków stolicy”).

 

Wreszcie najczęstszą odmianą wiersza to wiersze historiozoficzny, filozoficzny (oskarżycielski, wytykający, obiektywizujący). Tu zjawia się głos liryków: „Drzazgi”, „W łazienkach”, „Anàbasis”, „Dwudziesty wiek”, „Pętla kupiona na targowisku”, Czajkowski chce tyć prorokiem swego czasu, Wernyhorą XX i XXI wieku. Stąd motywy wieńczące, jasnowidzowskie, kabalistyczne (a i pasjansowe). Takim znamiennym dwuwierszem łającym (a i uczącym) nasz naród może być: „My Polacy lubimy kupować pętle / na targowiskach Europy” („Pętla kupiona…”).

 

Śmiech Pompei (1987)

 

„Ojcze, będę nasłuchiwał twoich kroków”, zarzeka się Jerzy Stanisław Czajkowski. I może nasłuchiwał, lecz na próżno: ojciec zginął na Zagumnej. Takich dramatów osobowo – rodzinnych było więcej. Wojna wypaliła wszystkie zdrowe drwa ogniska domowego poety i – nie tylko domowego. Jerzy sumuje: „oto / na łąkach na polach / ptaki bezskrzydłe bez piór / i sieroca dola synka / co stracił rodziców na wojnie”.

 

Utracił i choć zmysłów nie postradał, przestał ufać światu a nawet i zwątpił w Boga. Nie wszystkie ciężary jest w stanie człowiek znieść bez uszczerbku na otwartości serca. A przecież i w swojej sytuacji kieruje teraz prośbę do Pocieszycielki Strapionych:

 

„Matko Boska Ościsłowska

nie wiem, doprawdy nie wiem, w jakim borze

w jakiej puszczy, na jakim rozstaju wystawić Tobie

figurkę z łez

idąc wciąż przez zardzewiałe zarośla

z mgły… a może wystawić Tobie kapliczkę

z sumienia?

Bieleje jak opłatek samotnej gwiazdy”

 

Pełno w tym tomie wierszy o śmierci, zgonie, zniszczeniu, tragedii, wyzwaniu i ekspiacji. Najbardziej jednolity w swojej boleści to tom, i nie ma sensu wymieniać tytułów tych doprawdy wstrząsających liryków, wszystkie one takie same jak znów w innym wierszu:

 

„tu rozstrzelano twoje marzenia z niebem rozmawiające

Tu rozstrzelano słońce”

 

Ten tomik jest wyborem wiernym, ułożonym według tematu martyrologicznego. Giną tu ludzie w ostatnią wojnę, w kazamatach i więzieniach, w powstaniach, w walkach z zaborcami. Jest wiele okazji, żeby zginąć. A teraz autor zebrał swoje smutne, kulonośne utwory, przeciwczołgowe, naznaczone lękiem – bo przeciw tej broni odwraca się i w „Śmiechu Pompei” odmalowuje hekatombę rodzinną i narodową. Te utwory mają wymiar gromadny i jednostkowy, tak też można odczytać wiersz tytułowy dedykowany łączniczce batalionu „Parasol”, Marii Teresie Chuchli, do której kieruje takie żałosne słowa:

 

Mario, i nagle światło w twoich oknach! – długo tak nie było!

Czekałem na światło w twoich oczach….

Misa po makielkach, skrwawiony rdest

nieskończoność obsesji

goliat, czterdzieści cztery, Stare Miasto, Warszawa

(mój beret z orzełkiem z fantazją przekrzywionym…)

Rozdeptana pierwsza miłość – czyżby po prostu ciebie nie było?

 

Śmierć jednostki to dramat w sensie egzystencjalnym nie mniej zrozumiały niż dramat grupy. Podeptana pierwsza miłość może zaciążyć głębiej i bardziej niż następne, ale każda zabija, każda na pewno okalecza i w tym kontekście należy rozumieć dramat Jerzego Stanisława Czajkowskiego, który pisał tyle o śmierci, bo jej się najbardziej nauczył i o niczym więcej pisać tak nie umiał.

 

W świetle tych wierszy polski dramat historii, poczynając od początku XIX wieku miał wymiar powszechny. Byli w niego uwikłani Rosjanie, Ukraińcy, Niemcy, Anglicy, Turcy, inne narody. I ów międzynarodowy dramat wyraża poeta w słowach podniosłych, patetycznych, w słowach smutku, żalu, słowach – płaczu, w słowach buntu, nienawiści, ironii nawet humoru… Ów „Śmiech Pompei” to śmiech historii, o jakim pisał Tadeusz Borowski, to Biblia twórczości wojennej Czajkowskiego. Nigdy przedtem ani nigdy potem poeta nie nagromadził tyle krwawego dramatu, w którym jak o śmiech – w przenośni woła raczej o pomstę do nieba, o requiem dla wszystkich pokoleń Polaków, i nie tylko ich.

 

Milczy las (1994)

 

Zbiorek poetyki „Milczy las” przywołuje na myśl jakieś dzikie ostępy, pewnie partyzanckie i te ostępy są zamknięte przed ludzką świadomością. Zatem znowu temat wojny? I tak, i nie. Jest tu „Ballada ciekawska” poświęcona pamięci zabitego 18-letniego chłopca i jest zawierzenie dawane Pani, że „kłamiąc… nie kłamał”, jest wiersz poświęcony tragicznej postać poety Mariana Ośmiałowskiego, i piękne wyznanie uczynione kobiecie Galinie Katajewej, Rosjance. Jest wreszcie tytułowy wiersz „Ten las milczy”, który ma charakter ironiczno-prześmiewczy, kierowany przeciw narodom wznoszącym puchary za zwycięstwo. A wiadomo, że każde zwycięstwo musi być okupione krwią. Tedy więc lejtmotywem tego tomu jest znowu walka, krew, śmierć? Tak, to jest leitmotiv bez wątpienia. Za zdrowie narodów pije raz autor wiersza – podmiot i w tym dowcipnym ujęciu scena kojarzy się z Przygotowaniem do „Kordiana” czy szatańskie egzegezy do rozbioru Polski według Jerzego Piechowskiego.

 

W tym nieznanym objętościowo tomie, przeplatanym tematycznie – od śmierci żołnierskiej po zadumę cywilną – jedna rzecz – zepchnięta na margines zwraca uwagę. Na okładce wydrukowano wiersz „Polski krajobraz” (tytuł według zapisu w tomie), w tłumaczeniu na angielski „The Polish Landscape”. Rzecz znamienna – wiersz powstał w roku 1958, kiedy Czajkowski miał nadzwyczajny przypływ inwencji i napisał (w okolicach tej daty) wszystkie swoje następne, najodważniejsze, najdrastyczniejsze wiersze. Wiersz wtedy napisany w 1994 roku znalazł się w antologii w Taipei w Tajwanie („XX World Congress of Poetry”). Jak bardzo uniwersalna, a równocześnie typowo polska, nastrojowa, sentymentalna jest ta poezja niech świadczy zakończenie wiersza – oryginał i translacja. Po polsku:

 

odejdą handlarze zieleni

rozkwitnie na przekór

czerwonym dłoniom

Po angielsku:

trawers of greenery will go away

the landscape will bossom

hands to spite the red

 

Wiersze wigilijne (1997, 2004)

 

Cechą znamienną twórczości Czajkowskiego jest jej nieopanowywana erupcja, ciągły napływ słowa układającego się w rozwichrzone, z trudem opanowywane kadencje. Swobodny tok myśli, nierzadko nieskładnie wmontowywany w logikę i sens zdań, ba, wyrażeń nawet, zbliżony w swej postaci do toku surrealistycznego, wskazuje na proweniencję romantyczną pisarstwa. W istocie: jak z trudem Jerzy Stanisław Czajkowski mieści się w klasycyzującej poetyce „Współczesności”, a potem „Hybryd” wskazuje z całą wyrazistością tom liryków „Wiersze wigilijne”, tom – dodajmy zebrany z zapisków wielu lat, a tak udatnie skomponowany, że sprawdził się czytelniczo. Nie tylko ze względu na chwytliwy temat.

 

Z zapasów wierszy Czajkowskiego można by złożyć wiele potencjalnych tomików. Ten – świąteczny – został dobrany przez kojarzenie: z twórczością w przeciągu wielu lat (1946-1955), pozostające w polu asocjacyjnym obrazów powstałych z przywołania słów-kluczy „gwiazda”, „świerk” i innych – mimo rozległości tematycznej tworzących wspólny spójny świat Nocy Wigilijnej. Nie Noc sama jest przedmiotowo spointowana, ona daje tylko otoczkę do ukazania stanów duchowych: oczekiwania, ekspiacji, miłości, wspominania, przywołania tradycji.

 

Dominantą wierszy wigilijnych jest świadomość historyczna podmiotu. Delikatne tony przeszłości rozlegają się wizjami proroctw Wernyhory, scherza Chopina, tańczącego szala w ostatniej przejażdżce Piotra Czajkowskiego, kojarzeniem z wojskiem Michała Sadyka Paszy Czajkowskiego. Przez zestawienie tych postaci można mówić o podciąganiu się autora „Wierszy wigilijnych”, pod dawne, domniemane a nie udowodnione do końca postaci przodków i duchowych przewodników własnej osoby.

 

Bliższa historia nanizana na „słowa-klucze”, na „jądro asocjujące” to „historia lasu” – nie tego świerkowego, choć on tu częsty, a wchłaniającego w służbie rolnej, po zachodniej Polsce, najbliższych podmiotów: matki, ojca, stryja, dalszych krewnych, już nie wypuszczanych na wolność nigdy. Ten las to ściana pieszych partyzanckich oddziałów AK. O walce, a właściwie o stracie krewnych prawią często, najczęściej wiersze Czajkowskiego i zdają się swą treścią motywować potrzebę pozostawiania na wieczerzę wigilijną jednego miejsca dla nieobecnych.

 

Wigilijność wierszy uwiarygodnia specyfika natury przedbożonarodzeniowego dnia uczty: zapalenie się gwiazdy, potem następnych, srebrzystość przedmiotów (z lustrem, które zostało rozbite, na czele), złociste akcenty strojów choinkowych, egzotyczności (stąd tematy kresowe z akcentem Dniestru i Dniepru, także Workuty), światło (nawet z latarki), mróz, ukojenie (kołysanka), szczególna wrażliwość sumienia. Zdaje się, że Czajkowski wykorzystał wszystkie możliwości ukazania Wigilii przez jej osobliwość, przez doznania zmysłowe, zwłaszcza wzrokowe, a przecież nadal nadające jej piętno samodzielne – z perspektywy wielu lat powojennych a także wojennych. Las, partyzantka, broń – to obsesja Czajkowskiego. Wprowadza swoją wizyjność do obrazu stworzonych przez dawnych mistrzów: Żukrowskiego, Wańkowicza, pamiętnikarzy.

 

Atmosferę świątecznego oczekiwania i uczty czasem wytwarzają pojedyncze słowa zaklętego kręgu Wigilii. Potrącają one o strunę świąteczną na zasadzie przyciągania świata kosmicznego, bliskiego akcentom wigilijnym. Przykładem zespojenia jednego świata z wizją całkowicie innego dostarczają wiersze „Gwiazda”, „Chan krymski otruty”, „Dama trefl” itd.

 

Proroctwa polskie (2005)

 

Jakie treści przynoszą „Proroctwa polskie” (2004)? Wypływają już z przywar samych Polaków: rozpuście, głupocie, działaniu samotnym, zerwania z tradycją… Dużo tego, a można by wymieniać oskarżenie nas, całego narodu, o mnóstwo innych błędów i niedostatków, tak gęsto uwidocznionych w pozostałych tomikach poety. Autor porusza się w sferze postaw tragicznych, Sadyka Paszy, Rydza-Śmigłego, generała Kleeberga, Sikorskiego, Sosabowskiego… – wszyscy oni, a są jeszcze gdzie indziej dalsi – uosabiają tragizm historyczny, pesymistyczną historiografię, która rzutuje na życie i mentalność całego narodu. Dopiero na tym tle jawą się wady jednostkowe, o których częściowo wspomniano. A mogą dojść: prywata, bezwzględność, przedkładanie siły fizycznej nad intelektualną i moralną.

 

Cóż mierzy Czajkowski miarą – powiedzmy ulubionej jego postaci, Wernyhory, ale raczej miarą bardziej mu bliskiej Kasandry? Najpewniej wyraża je wiersz pt. „Proroctwa” w końcowych wersetach:

 

ludzki żywot ma wymiar kloaki

bujał o tym już Wernyhora

i Wyspiański

tak wiele jest bezrozumu

kur pieje

ludzi zawsze zjedzą robaki

 

Nie tylko smutny los czeka człowieka, także nasz naród, co miotał się w swej bezsilności, bo był i nadal jest chory. Rzuca peta Polsce bolesną diagnozę:

„bez twarzy mój naród / podobny clownowi w teatrze”. Panaceum na to nie ma, zresztą tytuł zbioru „mówi” o proroctwach, nie o przeciwdziałaniu. W wierszu „Do potomnych” (tytuł podobny do tytułu wiersza Gajcego) wręcz stwierdza: „to, cóżeśmy – błądząc – tworzyli / lub stronić pragnęli / niczym nie jest i niczym nie będzie”. Pobrzmiewa tu nuta katastroficzna, Zagórskiego, Miłosza, poetów wojny (Borowski, Baczyński). Lęka się poeta wojny atomowej, czyhania wrogów, upadku, pozytywnego myślenia.

 

W sferze przywoływania przykrych, obrzydliwych wątków i scen Czajkowski upodobnia się do Grochowiaka, w obsesyjnych nawrotach do wojny – do poety Różewicza, w pewnym rozchełstaniu stylu – do Harasymowicza.

 

Jest jednak nadzieja szlachetna i ponadczasowa, nawet jeśli Bóg nie zawsze chce pomóc. Poeta mówi („W lustro wody przejrzyj się”): w dumnych koronach mazowieckich sosen szukaj sprzymierzeńca”, dalej: „śpij w ostach spróchniałych mchów nie skrywaj się słowem”. Należy zachować równowagę z naturą, rozmową z Bogiem.

 

Białe pasjanse (2007)

 

Nie potrafimy zobaczyć siebie w sobie – tym ekwilibrystycznym stwierdzeniem rozpoczyna swój tom wierszy z 2007 r. „Białe pasjanse” Jerzy Stanisław Czajkowski. Zwrot ów można interpretować na sto sposobów, ale najpewniej chodzi o to, że nie znamy swojej tożsamości, sami zaskakujemy siebie, nie umiemy dotrzeć do swego najlepszego „ja”. Drugi wiersz „Oto idzie biel” jakby wywikływał się z tytułu tomiku Grochowiaka „Podjęcie bieli” i wyraża chęć poznania istoty tejże bieli, nawet – chęć osiągnięcia tego stanu, uznanego za doskonały. Dalej plecie się jeszcze ciekawej, bo z nacechowaniem osobistym, z walką o wartości mimo doświadczenia klęski i poczucia nihilizmu. Są delikatne motywy miłosne jak z wiersza „pejzaże”: „wejdź w mój zaułek / tylko twoje oczy chce widzieć”. Jest podwyższenie piękna muzyki Chopina, pieśń dziadowska, wieszczenie katastrofizmu.

 

Prawie w każdej książce Czajkowskiego powtarzają się akcenty osobiste, rodzinne, domowe. W wierszach dają o sobie znać przez aluzje i napomknięcia. Trzeba by długo analizować te wiersze, aby dojść ich sedna. Powołujmy się w tym momencie – dla jasności – na słowa interpretacji Janusza Roszki pt. „Nota redakcyjna”, które oddają dramat rodzinny wypowiedziany w sposób zawoalowany w wierszach: „związki (Czajkowskiego) z ziemią ciechanowską są niezwykle silne. W niej są pochowani jego rodzice i krewniacy, których dramatyczne losy zaznaczone są w wierszach z tego tomu. Na przykład „Wielkanoc na Zagumiennej” święcił jego ojciec – akowiec w ciechanowskim „Białym Domku”, siedzibie służb NKWD – PUBP. W innym wierszu, który się nie zmieścił w tej niewielkiej, lecz treściwej książeczce, „Gdy podniosą twój kamień”, znajdziemy dedykację poświęconą „Hieronimowi Czajkowskiemu z Glinojecka, rozstrzelanemu przez NKWD w lasach pod Smoleńskiem, a także rtm. Andrzejowi R. Czajkowskiemu, cichociemnemu, rozstrzelanemu 10 sierpnia 1952 r. przez UB”.

 

Przywołajmy do tego rozdzierający wyobraźnię motyw szesnastoletniej siostry poety, której włosy „przywiązywano do czołgu na którym wymalowany był wielki czarny krzyż w białym tle”, by zrozumieć to jego obsesyjne powracanie do historycznym zdarzeń (mających niekiedy swoje korzenie w zamierzchłych dla nas epokach), o których większość z nas, nie okaleczonych tak przez Historię, chciałaby zapomnieć, tym bardziej, że autor wietrzy ich powiew w czasach jak najbardziej nam współczesnych!”

„Horyzont” w życiu poety gaśnie. Rozrachunki z wojną, z losem – zgoda, ale ujmując kwintesencję swego człowieczeństwa poeta stwierdza (artykułując nieco panteistycznie):

 

nie jestem tym za kogo mnie bierzecie

nie jestem sobą

 

jestem tylko

szelestem liści w opustoszałej alei

busolą czasu na zatopionym okręcie

 

Utwory niewydane

 

Jerzy Stanisław Czajkowski jest pisarzem płodnym, stale podejmującym nowe, świeże tematy, aczkolwiek inne ze stałego repertuaru wskazują i na pewne obsesje. O powtórzeniach niektórych motywów była mowa, uwidoczniają je też utwory napisane a nie wydane. Jest ich sporo. „Zawdzięczać” należy częściowo nieporadnością poety a częściowo nie panowaniu nad chaosem, bowiem tyle interesujących wierszy, szkiców, zapisków nie wzbudziło zainteresowania wydawców, acz wymagają zwykle tylko obróbki redaktorskiej. Oczywiście, nie wszystko jest cenne, napisane na dobrym poziomie, ale na pewno wiele pereł udałoby się ocalić z tej twórczości dzięki dobrej chęci.

 

Na minusie pod względem upublicznienia poezji Czajkowskiego jest kilka jego zbiorów z wierszami, roboczo zatytułowanych i nie przygotowywanych do druku. Z racji może powtarzalności tematu – woja, rodzina, zła kobieta – wydawały się one prawdopodobnie za mało oryginalne, a z racji drążenia ciągle pewnych przebrzmiałych problemów – staroświeckie. Powstał pod piórem Czajkowskiego zbiór liryków (jeśli jego poezję można nazwać liryką z uwagi na dużą rolę opisowości!) pt. „Nemezis – królowa balu”. Przeważa tu tematyka miłosna delikatna i nastrojowo przeprowadzona, kobiecość widoczna jest przez doznane wrażenie, obcowanie serc, fluidy płynące z dwu stron – kobiety i mężczyzny. Jak zwykle, i w tym temacie pojawiają się pierwiastki publicystyczne. Autor narzeka na naiwność i kłamstwa (czasem tylko miłe) kobiet, na złe natury i złośliwość płci żeńskiej najlepsza jest bogini Nemezis. Ona ukarze stosownym losem do przewiny. Na tę filozofię składa się ponad 100 utworów poety, a można ją wzbogacić jego przekomarzaniem – że krzywdzona kobieta nie pozostanie z szacunkiem i na kartach poezji.

 

Tomik bogaty, a i z tego względu też nie spójny, zawiera akcenty (poza miłosnymi) patriotyczne, egzystencjalne, narodowe, proroctwa. Są wskazówki niemal dydaktyczne, jak ludzie, zwłaszcza kobiety, powinni postępować. Mówiąc trywialnie – coraz częściej jawią się jako leniwe, płytkie, głupiutkie, szukają mężczyzn tylko dla seksu i pieniędzy. To nie mężczyźni a kobiety niszczą rodziny, małżeństwa, domy. Oczywiście taka dosadność stwierdzeń, taka niechęć do płci odmiennej rodem z kompleksów Freuda, a w literaturze – ze Strindberga nie ujawnia się tutaj u postaci tak dramatycznej, ostrej, choć jest na pewno wielką częścią przekonań poety.

 

Inny zbiór wierszy, drugi z przygotowywanych do druku, a może z racji ekspansywności poglądów, odwagi niechętnie widzianej w społeczeństwie, potrzebującym „lekarstwa”, nie diagnozy, nosi tytuł „Salon literacki poety”. Jego miano jest ironiczne, prześmiewcze, bo salon poety dziś to rzadkość w sensie dosłownym a w przeszłości – mizeria życia. Jakiż może być salon, przybytek szczęścia, gdzie pojawiają się Polki nikczemne i Polacy tak samo nikczemni. Tu pewnie daje o sobie znać zrzędliwość poety, już teraz nie młodego, Ale warto poddać się jego tonacji wypowiedzi. Oprócz zepsutego społeczeństwa (pod względem seksualności) mają i swoje wady urzędnicy od kultury, bez polotu, bez wyobraźni, wskutek czego dominuje biurokracja. Policja podatkowa obchodzi się z ludźmi bezceremonialnie, Sejm wydaje głupie ustawy, posłowie nie mają za grosz znajomości życia.

Nic dziwnego, ż o Polsce myślą tylko poeci. Oni stanowią busolę równoważącą skrajności, rozdarcie sił we dwie przeciwne strony. Tomik nie ma jednak charakteru tylko postulatywnego, rewelatorskiego. Nie przewraca starych praw. Ukazuje – w metaforze – stworzenie świata egzystencji ludzkości, uczucia prawdziwej miłości i oddania – a na przykładach nie do końca „domówionych”. Wyraża się źle o kobietach (sam autor może odniósł tu wiele klęsk) i o panujących u nas, mówiąc biblijnie – rui i porubstwie. Społeczeństwo z natury jest zdrowe, ma pod dostatkiem pracy, tylko trzeba uruchomić u nas prawidłowe mechanizmy zatrudnienia i podnoszenia dorobku materialnego.

 

W 1998 roku został ukończony tomik poetycki „Srebrniki Europu”. Tytuł nawiązuje do sprzedajności Judasza, którego w tym wypadku zastępuje Europa. Ten tytuł też jest ironiczny a nawet publicystyczny co za złe tej poezji, poezji Czajkowskiego pewnie mieć można. Jest to jej główna słabość i jej naddatek, który odbiera wypowiedzi artystycznej rangę, zwłaszcza gdy wkrada się zgodność odniesień słowa do sytuacji.

 

Autor uważa, że jego poezja jest wielka, ponadczasowa jak poezja romantyczna. Mickiewicz, Słowacki, rozsnuwali wielkie wizje ludzkości, mającej żyć w zgodzie z prawami natury i wiary, a jednocześnie wadzili się z Bogiem, w czym Czajkowski idzie w ich ślady. Co więcej uważa, że religia nie tyle nawet jest opium dla ludu, ile źródłem interesu: wierzący za swoje życie i pobożność muszą płacić. W tym tomiku Czajkowski chciał pokazać ludzka głupotę, od spraw religii zaczynając. A tak naprawdę – poza krytyką relacji międzyosobowych, umów społecznych, systemów naukowych, politycznych – na sprawach religii Czajkowski chce kończyć. Klepanie pacierzy, opieka pielęgniarek zamiast ustabilizowanej pomocy, oszustwa księży, groszoróbstwo – to współczesny pamflet na katolików, podobny „Rozmowie między panem, wójtem a plebanem” a właściwie – o wiele ostrzejszy. Nie we wszystkim można zgodzić się z Czajkowskim, ale dość stwierdzić, że przemawia przez niego doświadczenie, ciężkie, bolesne, trudne życie.

 

Uzbierał się przez całe lata twórczości jeszcze jeden tom poetycki „Baśniczki, baśnie, piosneczki”. Uzbierał, bo mieści w sobie wiersze z drugiego okresu czasu a teraz dopiero złożone w jeden tom. Sądząc po tytułach utworów – „Rozmowa z pliszką”, „Baśń o złotej dziewczynie”, „Kropelka”, „ Zawstydzenie”, „Baśń o Wiśle” – są to liryki sensu stricte. Już w słownictwie – baśniowym, zdrobniałym – wyraża się nuta wielkiej uczuciowości i dziecinnej naiwności. Autor – tak chętnie odwołujący się do tradycji orientalnej – przez znajomości, zauroczenia politykami, lektury, zdaje się przenosić w polskie opłotki literatury doświadczenia Błoka, Jesienina, Achmatowej. A i nasi lirycy – od Karpińskiego poczynając przez Słowackiego i Mickiewicza (liryki lozańskie), upuszczają niejedną łzę nie bardziej żałośnie niż Czajkowski.

 

Poeta pisze nadal, z coraz większymi przerwami, i na pewno ilość tomików w jego dorobku zwiększy się. Będą z tym mieć kłopoty kustosze jakiegoś muzeum, któremu zechce ofiarować go (a tak na serio poeta chciałby aby pamiątki po nim trafiły do Ciechanowa). Pisze wiersze, pisze prozę. A proza pod ręką Czajkowskiego przybiera postać powieści, opowiadań, publicystyki, dramatu (choć niektórzy twierdzą, że dramat to tylko partytura teatralna, nie utwór literacki). Warto tu zatrzymać uwagę przy formach prozy właściwych literaturze pięknej.

 

Napisanych a nie drukowanych powieści Czajkowski ma kilka, podobnie jak zbiorów wierszy. Jednym z utworów prozatorskich jest nie wydana – „Rapsodia polska”. Zgodnie z tytułem nasuwa się tu treść powieści, nastrój podniosły, bohaterski. Tak nie jest. Rękopis traktuje o wojnie domowej – Polaków z Polakami, po drugiej wojnie światowej. Książka powstała w 1970 roku, dawno, dlatego nastrój jej jest tak intensywny i głęboki – w znacznym przecież oddaleniu od roku 1945. Głównym jej bohaterem jest dowódca plutonu egzekucyjnego AK, Henryk Olczak (tu ta cała sytuacja kojarzy się z sytuacją powieści Zdzisława Umińskiego „Na północ od Alp”).

 

Antagonizm między Polakami rodzi się ze względu na uczestnictwo w dwu różnych formacjach władzy, jeden brat należał do AK, drugi do milicji. Brat strzelał do brata. Rzecz kończy się symboliczną i honorową przegraną głównego bohatera, który kochał Polskę jak mógł, a ona go odrzuciła i na ostatek zdradziła jak żona. Polska była wtedy jak kobieta, do której Czajkowski zdaje się nie mieć szacunku. Ale i Polskę źle widzi; z tym że może uda się ją naprawić. Jego twórczość przecież diagnoza dla kraju pomimo że bohaterowie w nim sami błądzą i często szukają i dla siebie diagnozy.

 

W 1988 roku powstała powieść „Na pograniczu życia i śmierci”. Jej filozofię można sprowadzić do tego, że wszystkich ludzi czeka śmierć. Każdy podnosi swoją cenę, wywyższa się, chce być silnym, bywa nikczemnym. Prowadzi życie seksualne, nie zważając, że mogą narodzić się dzieci, a jeśli dzieci – to mogą okazać się nieszczęśliwe, nie mieć nazwisk ojców, dobrego wychowania, oparcia materialnego. Kobieta nieuczciwa, mężczyzna naiwny – często powstaje taki związek. Jest to dokumentacja oszukiwania mężczyzn przez kobiety-demony. Zależy kobietom na braniu góry nad słabszym psychicznie przedstawicielem płci przeciwnej, na mieszkaniach, na alimentach. Tak ma się studium znęcania się i niszczenia połowy rodu ludzkiego. Bohaterka powieści jest żoną cesarza Inków, Umina. Kobieta ucieka z Ameryki Południowej do Polski i chroni się na zamku bogatego dziedzica. Służby Watykanu, mając za argument złe jej prowadzenie się i niecne postępki – mordują ją. Powieść kończy się zasztyletowaniem Uminy na zamku Nidzica. Syn nie próbuje ostrzegać i ratować matki oraz jej sprzymierzeńców przed zbrodniarzami.

 

Powieść jest z rodzaju sensacyjnych. Kryminalnych nie, bowiem autor odmalowuje szerokie tło dawnej Polski, obyczajów, postaw, charakterów. Autor w swoich poglądach dochodzi do skrajności. Uważa małżeństwa za głupotę wymyśloną przez kapłanów wydrwigroszy. Wystarczyć mają uczciwe konkubinaty. Główna bohaterka powieści to „dziwka”, nauczycielka, zadająca się z każdym. Nic nadzwyczajnego. że nie potrafi wychowywać młodzieży a zwłaszcza chłopców. Filozofia osnuta jest tak: większość nauczycielek to łajdaczki, które nie powinny w ogóle zabierać się do wychowania. Deprawują młodzież, chłopców zniewieściają, dziewczyny sprowadzają na manowce.

 

W 2002 roku powstała powieść egzotyczna pt. „Romanse”, a egzotyczna dlatego, że rozgrywa się w powiązaniach zagranicznych, nie tylko w Polsce. Tu – już obsesyjnie gra toczy się między kobietami, które niszczą, a mężczyznami, którzy chcąc być amantami, nie próbują ustąpić.

 

Tu autor zestawił losy dramatycznie, wyprzedzając o wiele lat próby budowania akcji jak buduje się lotnisko międzynarodowe – wszystkie nacje mają stanowiska osobno, obok, a jednocześnie razem – i tak toczy się fabuła a na lotnisku – życie. Ta próba powieści miłosnej chyba nie w pełni udała się Czajkowskiemu, za mało nasycił ją realiami świata przedstawionego.

 

Poezja, powieść – tak, to domena wysiłku intelektualnego pisarza, pracującego w swej dziedzinie kilkadziesiąt lat. A przecież podejmował on próby dramatyczne; wiadomo – napisał on świetny a niedoceniany utwór na scenę o Rydzu Śmigłym. Został opublikowany kilka lat temu (2005 r.). Do ciągu prób scenicznych należy dodać nie opublikowany dramat „Bal u Wernyhory” (czy to nie aluzja do Mickiewiczowskiego „Balu u senatora”?). Jest to kontynuacja dramatu Słowackiego „Srebrny sen Salomei” i rozwiniecie dramatu Wyspiańskiego „Wesele”, najgenialniejszego dramaturga polskiego. Wernyhora według Czajkowskiego to prorok, wizjoner, „dziad” w dobrym znaczeniu. przestrzega Polaków przed głupotą, przed brnięciem w porachunki i wołaniem o pomoc obcych monarchów. Karę za niesubordynację, sprzedajność wymierza bogini zemsty, Nemezis, która zsyła sprawiedliwość boską. Dramat kończy się tańcem prostytutek na scenie, co oznacza, że wszystkie kobiety lubią kochać, najbardziej seksualnie. I tak plecie się polityka z ars amandi, czasem w najgorszym wydaniu. Czy Czajkowski utrzymał brzemię tego aliansu, tego połączenia. Temat polski jest śliski, temat seksu – łatwy do przerysowania. Zatem co zaważyło, że tyle książek, a jest ich więcej w każdym gatunku, ma Czajkowski w zapasie? Są zbyt nowatorskie, niestrawne czy epigońskie? Nie łatwo to rozsądzić, dość że tematy patriotyzmu, przyjaźni, zauroczenia Wschodem, miłością do ojca – przetrwały mimo wszystko próbę czasu.

 

Najambitniejszą prozą Czajkowskiego pozostaną na pewno „Dzienniki poety XX wieku”. Zajmują cztery pękate tomy, liczą ponad tysiąc stron. Znalazły się tu elementy autobiograficzne, ważne epizody życiowe, wypadki, różne sytuacje. Dopiero na tę kanwę autor nanizał przemyślenia, zawarł impresję – wszystko na tło życia społecznego i politycznego. Gdzieś dobitniej autor stwierdził tak: dużo tu słów – od analizy ludzkiej głupoty i handlarzy bronią, po tych, co prorokowali wojny, by zarabiać. I jedni i drudzy mają ręce unurzane we krwi. Są tu komentarze polityczne, o tym m. in., że poza Dmowskim i Piłsudskim nie mieliśmy dobrych mężów do sprawowania „rządu dusz”, istnieli sami politykierzy. Niszczyli inteligencję, prowadzili tajne gry z korzyścią dla siebie, doprowadzili do wojny światowej.

 

Pisarz zaczął opisywać wydarzenia od roku 1945, gdy liczył 14 lat. Na tle osobistych i rodzinnych doświadczeń dał szeroka panoramę ojczystych dziejów. Polaków uznał za naród leniwy i płytki. Kraj – jak stwierdzał był i jest rządzony przez obce koterie i nacje. Zaatakował głupie powstania, głupi honor (u nas nawet „dziwki” i złodzieje mają swój honor). Odciął się od łatwej wiary i wiarygodności religii. Siebie uznał za człowieka uczciwego, ale naiwnego, wręcz tępego – i wobec takiego samooskarżenia trudno walczyć o jaskrawe oświetlenie postaci pisarza, skoro i na siebie chce rąbać prawdę. Ale będąc sobie nieprzyjemnym z tym odruchem potrafi być wielki (a i mądry). Słowem dużo w tej twórczości o sobie i o Polsce. W drugim przypadku autor okazuje się nie tylko politykiem, taktykiem, jest historiozofem. Smutną prawdę należy wiązać z tym odkryciem. A siebie nie oszczędza, a zatem odbiera sobie bohaterstwo, choć życie starał się prowadzić uczciwe z myślą nie tylko o sobie, także o kraju i zwycięstwie wartości jako takich, powszechnym. Takie pamiętniki u nas zostawił tylko Kajetan Koźmian i na większą skalę Winston Churchill. Szmat historii, legion ludzi znanych, szereg postaci drugorzędnych niesamowite przypadłości i rozwiązania. Wszystko to będzie można odczytać po wycyzelowaniu tekstów i dostosowaniu poziomu informacji do poziomu recepcji czytelnika.

 

Epizody dramatyczne

 

Jerzy Stanisław Czajkowski sprawdzał się wielokroć jako poeta, prozaik, publicysta. Tkwił głęboko we współczesności, rozciągając pole swojego zainteresowania po kwestie społeczne, polityczne, kulturalne, każdą z osobna i w sprzężeniu z innymi. Pasją największą Czajkowskiego stała się jednak historia, od czasów prasłowiańskich do ostatnich lat. Szczególnie zainteresowały go z historii takie postaci jak Wernyhora, Michał Sadyk Pasza. Czajkowski, Józef Piłsudski, bohaterowie II wojny światowej. Jednym z przywódców nieszczęśliwego polskiego września 1939 był marszałek Polski Edward Rydz-Śmigły i jemu poświęcił swój nowy gatunek wypowiedzi – dramat. Śmigły to postać znamienita, lecz jeszcze bardziej smutna niż jego kraj. Jako polityk potwierdza tezę, że z artysty (pisał wiersze, malował) dowódca wojskowy będzie żaden. Wielkie sukcesy na służbie i w wodzostwie osiągnął w Legionach Piłsudskiego, w roku 1918 i w wojnie polsko-bolszewickiej 1920. Od 1936 roku jako marszałek Polski, po objęciu służby po Piłsudskim, pogrzebał szanse przejścia szczytnego do historii przez klęskę wrześniową. Dramat Czajkowskiego – pod piórem autora znakomitych wierszy – obejmuje czas od uchodźstwa wojska polskiego do Zaleszczyk w Rumunii, od 22 września do czasu śmierci Rydza Śmigłego 2 grudnia 1941.

 

Narrator dramatu stwierdza na początku, że trwa cisza wrześniowa, przerywa ją tylko w Riond Bosson w Szwajcarii Rydz-Śmigły nasłuchem o agresji Niemiec na Polskę. Jest 20 września 1939, radio szwajcarskie nadaje przemówienie Ignacego Paderewskiego, który składa hołd Polsce walczącej. „Zwycięstwo nie będzie łatwe, ale nam ostatecznie przypadnie”. Narrator odpowiada, że gdy słychać brzęk kieliszka Jego Ekscelencji Ambasadora, zaprzyjaźnionego mocarstwa, w tym czasie Polacy odpierają wroga, lecz cofając się mają „nie zaryglowany” szlak tylko na Rumunię. Teraz Śmigły nad mapą mówi jakby do siebie o Polsce – utęsknionej matce. Przeklina los. Ironizuje, że błazeńską czapkę założono mu na głowę zamiast rogatywkę. Że został internowany, podczas gdy z wojskiem chciał iść dalej. Pomówiono na Zachodzie Polaków o dezercję, dlatego Zachód pomocy nie udzielił. Mieli tylko przejść przez Zaleszczyki, a tymczasem wojsko internowano. Następuje powrót do czasu minionego (w dramacie).

 

Generał Kutrzeba pracował nad planem operacji „Zachód”. I w rozmowie z oficerem łącznikowym Rydz przewiduje zalew Polski przez Niemców, a Polsce ma przypaść tylko taktyka „oblężonej twierdzy”, zwłaszcza po najściu armii sowieckiej z drugiej strony. Rydz i władze polskie zdawały sobie sprawę z przegranej, lecz na użytek propagandy tylko wymyślili hasło: „Silni, zwarci, gotowi”; była tez piosenka z „dworu”: „Marszałek Śmigły Rydz nasz drogi, dzielny wódz, gdy każe, pójdziem z nim najeźdźców tłuc. Nikt nam nie zrobi nic nikt nam nie zniszczy nic, bo z nami Śmigły, Śmigły, Śmigły – Rydz”. Francja i Anglia to państwa tchórzy. Anglicy za zobowiązania militarne żądali zapłaty z góry. Prezydent i marszałek po internowaniu przez Rumunów złożą swe godności. W przeszłości w roku 1807 i 1830 Francja i Anglia przyczyniły się do ruiny naszego kraju, jego upadku. Marszałek chce zrzec się funkcji, źle się czuje, pragnie buławę przekazać. Za młodu chciał być artysta – rysował, pisał wiersze; ale był bardzo odważny w Legionach. Na nic to się wszystko zdało – ta wojna to dobry interes. Mają w niej swoje interesy Watykan, Ameryka, państwa zachodnioeuropejskie… U nas wydawano dziesięć razy mniej pieniędzy na zbrojenie niż Niemcy. Rydz wysyła oficera łącznikowego, aby zaprosił na polowanie tuzów polityki międzynarodowej, od których można byłoby się wiele dowiedzieć. Podpisuje czeki dla naszego kontrwywiadu.

 

Światło punktowe gaśnie i scena rozjaśnia się. Teraz widać Rydza w Tatrach na kamieniu w mundurze. Kurier daje mu płaszcz, bo to konieczność do spełnienia misji. Obaj zmierzają do Warszawy. Wysuwa się na scenie Narrator. Tu w Tatrach mieli w 1938 roku spotkać się z Polakami przywódcy Czach i Litwy. Rydz nie odważył się paktować. To było przed Monachium 1938. Narrator czyta wiersz o Rydzu, jego odwadze, patriotyzmie. Potem następna, oświetlona scena: Rydz w mieszkaniu mieszczańskim po cywilnemu. Wchodzi do niego generałowa Maxymowicz-Raczyńska, zapowiada gościa. Pojawia się pułkownik Brykczyński. Przypominają sobie czas Legionów, gdy służyli razem w Pierwszej Brygadzie. Generałowa wnosi śniadanie. Rydz dyktuje myśli o polskim Wrześniu, a zwłaszcza to, czy mogliśmy uniknąć klęski. Notuje analizy sytuacji międzynarodowej, sojuszy, propozycji Polski – i uznaje, że nie było innego wyjścia, jak przeciwstawić się Niemcom. W 1936 roku generał Kutrzeba przedstawił studium „Zachód”. Przewidywał w nim kierunki napaści – omylił się tylko co do postawy Sowietów i obojętności Francji. Słabe rozeznanie mieliśmy na wschodzie, bo tam szpiegów od razu zabijano. Rząd polski unikał zadrażnień z Niemcami, podejmował opóźnione decyzje, aby nie zrażać państw sprzymierzonych. Teraz Rydz ma 55 lat, ale czuje się żywym trupem. Dziś ocenia, że 40 pułków konnych, to była ze strony Polski siła bez znaczenia. Generał Maxymowicz-Raczyński wprowadzał żelazne „pojazdy” do wojska i chyba za to został otruty. Rydz mówi, że najlepszym wyjściem przed kampanią wrześniową było uderzenie na Niemcy u boku Francji w trakcie napaści Niemiec na Czechosłowację. W monologu Rydz tłumaczy się przed zarzutami o opieszałości Polski i postawie antyczeskiej.

 

Marszałek sam w pokoju. Choruje na żołądek i serce – o podłożu depresyjnym. Marszałkowa wspomina o dziwactwach Marszałka. Oto teraz dwaj członkowie komisji odnotowują przedmioty które zmarły Marszałek zostawił. 2 grudnia 1941 roku w Warszawie został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim. Przed śmiercią napisał:

 

Dopomóż Boże, by mię nadzieje

Nie opuściły

Abym nie zwątpił, kiedy duch mdleje,

Dodaj mi siły

Każda godzina w tym moim bycie

I każda chwila

– To kryzys walki, w której się życie

Z śmiercią przesila.

 

Tak ujęty dramat jednostki na tle historii przekształcił się pod piórem Czajkowskiego w dramat literacki. Środki użyte do spięcia „Śmigłego” w ramy przekazu (światło punktowe, przemienność scen bez zmiany dekoracji, oszczędne operowanie składem zespołu) każą widzieć w propozycji teatralnej ryt tradycyjny, nie ludyczny a ubogi, skupiony bardziej na słowie niż na wizji teatralnej. Można by wykryć obciążenie tej propozycji koncepcją świetlicową, z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Ale dyskurs słowny, też nie pozbawiony ułomności z racji małej stylizacji historycznej, zbliżenie języka do kolokwialności, a nawet publicystyki, zawiera samą esencję wartości „Śmigłego”. Jest ona podobna dramatom piastowskim, może nawet żydowskim, Wyspiańskiego. Zawiera się w dalekiej historiozofii, poglądzie, że kraj nasz nie z winy Polaków i nie z nieudolnego przywództwa skazany został na ciężkie męczarnie tak w przeszłości, jak i w drugiej wojnie światowej. Kraj był nieszczęśliwy z powodu złego usytuowania, innej niż nasza natury sąsiadów, zbiegów okoliczności, winie „grzesznych” ludzi. Nie słabość kompozycyjna i nie brak wiedzy o bohaterze i jego epoce, a przyziemność w odmalowaniu sytuacji, pewne dłużyzny w dialogach, sztucznawe monologi, niezróżnicowanie językowe każą widzieć w tym dramacie rzecz arcyciekawą acz daleką od doskonałości. Gdyby widzieć w nim „rapsod” w stylu norwidowskim utwór tłumaczyłby się sam przez siebie. A sposób myślenia autora i zakres jego wiedzy nie mają sobie równych.

 

Varia

 

Czajkowski skompletował zbiór dokumentów ze swojego życia do recepcji, propagowania twórczości i przyjaźni twórczych, zestawiając wszystko w tomie „Zabawy literata i w romanse”. Te materiały mają znaczenie wtórne jako uzupełnienie bądź dodatek do literatury. Mieszczą się tu eseje, szkice, wspomnienia, listy, memoriały… Pisarz podejmuje wątki walk Natolińczyków z Puławianami (lata sześćdziesiąte), decyzji kanapowej PAL odnośnie nagród za 2008 i następne lata, o przyznaniu wawrzynu, listy do sejmu, ministerstwa kultury, ZLP, wielu ważnych dziś jeszcze instytucji i osobistości świata intelektualnego. Zabawa mieści się z powagą pomysłowość z odpowiedzialnością za los historii, nie tylko własnej.

 

Tak można by zamknąć omówienie dorobku publikowanego i rękopiśmiennego Jerzego Stanisława Czajkowskiego, tak go przedstawić i zanalizować. Są jednak sfery twórczości, które nie bardzo w świecie literatów dodają splendoru. Do nich należy muza podkasana, gdyż służyły jej teksty do piosenek pisane przez lata. A tych Czajkowski stworzył sporo, nie osiągając wszak w tej dziedzinie spektakularnych sukcesów. Dwie piosenki uzyskały większe uznania. Jedna to „Tak wielka jest moja tęsknota” do muzyki Hanka Kulety, druga – „Zmierzch, za oknami zmierzch” do muzyki Michała Szaleja. Pewne sukcesy odniosły teksty „Ech, Katia – zielone ty oczy masz”, „O, mała Bets”, „Poezja”, „Taka czarna”. Te i kilka innych piosenek były wykonywane w Muzeum Wojska Polskiego, niektóre w Muzeum Literatury. Trzeba przyznać, że dopełnienie o twórczość piosenkarską dorobku Czajkowskiego doskonale oddaje wszechstronność zainteresowań twórcy i ogromną skalę używanych środków wyrazu. A jeśli dodać, że „multum” miejsca zajęła w tym dorobku eseistyka, publicystyka, krytyka, publikowana w prasie, nie mówiąc już o doraźnych drukach poezji i prozy (wiersze, fragmenty powieści, etc.), to wyobrażenie o skali zainteresowań wymagać będzie wielu komplementów. Utwory Czajkowski zamieszczał też w dodatkach do pism, antologiach, podręcznikach i poradnikach dla młodzieży. Z tego wyrasta wrażenie o pewnym chaosie dorobku, lecz ideą krytyka jest każdy dorobek uporządkować.

 

Recepcja twórczości

 

Najpierw w prasie, w związku z działalnością publiczną Jerzego S. Czajkowskiego, współzałożyciela pokolenia „Współczesności” pojawiły się informacje. Na początku 1958 roku „Życie Warszawy” (28 stycznia) podało wiadomość o przyznaniu młodemu pisarzowi Nagrody Młodych „Współczesności” za rok 1957. W zapowiedziach zapraszano na wieczory autorskie w Ciechanowie, Przasnyszu i na Nowym Świecie w Warszawie (klub KMPiK). W zbiorach prasowych można znaleźć wycinek z wierszami drukowanymi we „Współczesności” (28.01.1958). W kwietniu 1958 roku „Życie Warszawy” zamieszcza informację o postaciach „Grupy Warszawskiej”, zrzeszenia poetów, plastyków i kompozytorów, założonego przez Czajkowskiego. Prasa francuska donosiła o tłumaczeniu wierszy przez Suzanne Arlet na francuski. I nagle... ślad się urywa. Wiadomo, z jakiego powodu. Czajkowskiego zaczęto przemilczać. Dopiero w latach siedemdziesiątych ślad zaczyna się pojawiać.

 

Głosy krytyków pojawiły się w związku z wydaniem debiutanckiego tomu w Polsce „Dalekie drzewo” w 1976 roku. Wiesław Rustecki na łamach „Argumentów” opublikował znamienną recenzję „Proszę słonia!” Jako znajomy przez pewien czas poety pogratulował mu książki, a jednocześnie współczuł, że ukazała się tak późno.

 

Padło pod koniec recenzji pytanie o rodowód tej poezji. Autor sobie odpowiedział, że to wina sytuacji osobistej.

 

Głębszą analizę tomu dał Leszek Żuliński w recenzji „Bardzo późny debiut”, drukowanej w „Nowych Książkach”. Stwierdził, że w zbiorku „Dalekie drzewo” znalazły się wiersze z lat 1957-1975, po czym przeszedł do próby określenia jego tematyki, że u Czajkowskiego dziecięce reminiscencje znajdują upust w poetyce onirycznej.

 

O zmianie immanentnej utworów po okresie introdukcji pisze, że dopóki wiersze tkwić będą w rzeczywistości społecznej, będą ważne. Uwagi Żulińskiego nie były do końca trafne, gdyż w następnych tomach poety znów pojawią się motywy patriotyczne, polityczne, i one głównie decydować będą o image artysty Jerzego S. Czajkowskiego. Natomiast jak przystało na pismo „Kierunki”, dało ono miejsce Zbigniewowi Doleckiemu na wynalezienie idei patriotycznych w tym nowym tomie „Dalekie drzewo”. Krytyk i poeta, Dolecki sformułował swoje spostrzeżenia, że autor „Dalekiego drzewa” potrafi zgłębiać również problematykę egzystencjalną i światopoglądową. Podobna w tonie była recenzja Andrzeja Chudzika „Próba mitu” („Literatura”), przy czym uszczególnienie znalazły tłumaczenia tej poezji na języki obce. Pisał krytyk, że „Dalekie drzewo” znajduje się na rozdrożu starej i nowej poezji.

 

Rozwinął Chudzik zagadnienie genealogii poezji Czajkowskiego. Stwierdził, że liryka refleksyjna sytuuje się w obrębie motywów historii narodowej jak u Broniewskiego. Jednocześnie wobec tradycji światopoglądowej, gdzie „ścięgno jest zerwane”, czyli wiersz jakby rwał się na strunach wyrazu można mówić o proweniencji Białoszewskiego. Słowem, dalekie zestawienia, wielcy mistrzowie współcześni.

 

Debiut został zauważony i życzliwie przyjęty, sedno sprawy tkwiło w tym – że poezja ta trafiła z opóźnieniem. Poeta, który miał wieczory autorskie u boku Brylla czy Białoszewskiego, zepchnięty został de facto do roli ucznia tych gwiazd poezji. A dalej – Czajkowski próbując iść swoją drogą, musiał pozostawać w ich cieniu.

 

Szukając cech indywidualnych, sobie właściwych, Stefan Jurkowski, recenzent drugiego już tomu Czajkowskiego „Pasje i pasjanse” znów zwracał uwagę na motywy narodowe, a wskazując na indywidualne, pisał: „że twórczość Czajkowskiego ma poważny charakter”.

 

W recenzji Henryka Sokulskiego „Poeta i historia” („Tygodnik Kulturalny”) mowa o nawiązaniu w drugim tomie do tradycji romantycznej o czym świadczyć mogą nazwiska postaci przez poetę przedstawione (Mochnacki, Mickiewicz, książę Józef, Wernyhora, Traugutt, Lechoń). Obok tego daje znać o sobie w bardzo silnej tonacji liryka osobista, która zatraca się często w świecie przyrody. Wspomniany już Zbigniew Dolecki („Kierunki”) w odniesieniu do tego drugiego tomu stwierdza, że wysokie tony nadawały tomikowi wiersze patriotyczne. Drugi nurt reprezentują – tu krytyk się powtarza – wiersze osobiste, przy czym jeden i drugi zestaw występują w pewnym nieuporządkowaniu, nawet w obrębie jednego wiersza jawi się chaos.

 

W późniejszym czasie światło punktowe na poetę krytycy kierowali rzadziej. Był uznawany za poetę spóźnionego, co – oczywiście – było półprawdą, bo Czajkowski posiadał zapasy utworów wczesnych, młodzieńczych, a tylko okoliczności polityczne sprawiły, że był ciągle „młody”. W recenzji Stanisława Grabowskiego („Literatura Polska”) z „Wierszy wigilijnych” (1997) wspomniano, że teksty ukazały się nie w ostatnim czasie, a zostały zebrane z całego okresu twórczości poety. Treści, pomysły, chwyty nakładały się w ciągu lat bez mała czterdziestu, co powodowało, że Czajkowskiego wejście do literatury nie było „czyste”, diachroniczne. Nałożyły się akcenty optymistyczne, pełne wigoru z akcentami upadłej nadziei, bliskimi klęski. Najpełniej tego faktu dowodzi zacytowany przez Grabowskiego fragment wiersza poety z 1990 roku: „Z kim będę / – z pajęczyną? / W izbie bez / pieców / Bez przypiecka, przyzby / Bez foremek moszczonych na wypieki / [...] Piekarnik rozebrany / Okna niedomyte / Tu kochałem”. Obraz wigilijnego wieczoru sprowadza poeta z wyżyn świątecznych ku rozkładowi złudzenia, deziluzji. Podobnie miał się wykres doświadczeń pisarza, jego upadku, od wyżyn nadziei ku deziluzji. Święto wigilijne na koniec ma się jak okruchy upadłego opłatka przypominającego rozbity dzbanek.

 

Dychotomię postawy człowieka podkreślił Stefan Żagiel w recenzji „Dramat Śmigłego” (2001), gdzie osoba niewątpliwie szlachetna staje się ofiarą wydarzeń. Tą osobą kontrowersyjną z losu jest Marszałek Śmigły-Rydz. Po klęsce wrześniowej autor sztuki, Jerzy S. Czajkowski, oskarża o przyczynienie się do niej wielkich mocarstw Rosję z Zachodem, także Czechy i Rumunię. Czy słusznie? S. Żagiel twierdzi, że nie. Także zakończenie losów Śmigłego, pobyt w Polsce po internowaniu w Rumunii i następnie śmierć prowadzą do konstatacji, że winni są jego losów obóz londyński i sprzymierzona z nim Generałowa. Zagmatwana to postać, bo Śmigły nie tylko prowadził wojnę (krótko), ale i pisał wiersze (niezbyt wyszukane artystycznie). Ten skomplikowany bohater z jego uwzniośleniem przez danie mu władzy i z upadkiem wieńczącym klęskę jego władzy, podobny jest w pewnym stopniu do Jerzego S. Czajkowskiego, i dlatego też godny jest uwagi w szczegółowej analizie.

 

Czas przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych przyniósł próby publicystyki politycznej. J.S. Czajkowskiego. Wiadomo już, że zamieszczał w prasie wywiady z Gomułką (w sprawie „Współczesności”, a był to wywiad z pamięci) oraz z Putramentem. Były i inne materiały prasowe o zacięciu politycznym. Ale do publicystyki Czajkowski powrócił na przełomie wieków XX i XXI. Później też imał się publicystyki. Najciekawszy z jego czasu jest jego wywiad z Aleksandrem Nawrockim, redaktorem naczelnym „Poezji Dzisiaj”.

 

Kontakt z rzeczywistością o charakterze publicystycznym podtrzymywał Czajkowski przez następne lata. Publikował w „Nowym Dzienniku”, „Dzienniku Polskim”, „Myśli Polskiej”, lecz odzew – tak jak było z twórczością – miał nikły. Zdawał się być pisarzem zapomnianym. Dopiero 80. rocznica urodzin wzbudziła zainteresowanie pisarzem. Wykreowano go na pisarza regionalnego, z Ziemi Ciechanowskiej, a przecież obchód jego jubileuszu zainteresował kilka, blisko dziesięć pism z jego regionu.

 

Uroczystość 80-lecia obchodził w styczniu 2011 roku w Glinojecku. Stała się głównym wydarzeniem. Zdawało się, że o pisarzu zapomniano, albo go zmarginalizowano ze względu na jego niepokorę i pewną chaotyczność działań. Osamotnienie nadeszło w wieku starszym, który nadszedł szybko ze względu na zniszczoną młodość. Ale strony rodzinne, mała ojczyzna o Czajkowskim nie zapomniała. Na jubileusz 80-lecia życia i 50-lecia pracy literackiej ściągnęli do Ciechanowa 28 stycznia 2011 roku liczni wielbiciele jego pisarstwa. Wydarzenie zapadło w pamięci. Jak przebiegało, najlepiej przedstawiła gazeta „Extra Ciechanów” (z 1 lutego): „Witając przybyłych, spotkanie rozpoczął pełniący obowiązki dyrektora CkiSz Marek Zalewski, następnie Benefis poprowadziła dr Teresa Kaczorowska – prezes Związku Literatów na Mazowszu. Obszerną laudację przybliżającą osobowość, a także wiele wątków twórczości Dostojnego Beneficjanta wygłosił Ryszard Tarwacki – mazowiecki humanista, autor monodramów, opowiadań i powieści, reportaży i krytyk literacki. Przedstawiając postać i dorobek Jerzego S. Czajkowskiego, wielokrotnie nawiązywał do odległych czasów i wydarzeń, mimo upływu dziesięcioleci mocno tkwiących w zbiorowej pamięci.

 

Impreza miała też swój wymiar artystyczny, który w odsłonach zapewnił koncert pianistyczny Anny Marii Chmielińskiej i Michaliny Rochna – uczennic profesor Tatiany Fedorczuk, oraz recytacje poezji Dostojnego Jubilata w wykonaniu uczniów Zespołu Szkół Ogólnokształcących w Ościsłowie”.

 

„Wieści Glinojecka” kończyły tak fotoreportaż o Benefisie Czajkowskiego: „Odjeżdżał z Ciechanowa do Warszawy późnym wieczorem obdarowany upominkami, niezliczoną ilością kwiatów i zadowolony z obietnicy wydania ostatnich jego utworów. Stwierdził, że był to dla niego jeden ze szczęśliwszych dni w życiu, że czuł się w Ciechanowie jak wśród najbliższych”.

 

Ad multos Annos, Panie Jerzy. Żyj I pracuj, póki sił ci starcza. Dobrze, że do dziś trzymasz pióro w ręku.

 

Wykaz publikacji książkowych

 

„Polski krajobraz” (Anglia 1958, tł. Bolesława Taborskiego)

„Draperia obronna” (USA 1959, tł. Edmund Ordon)

„Zadymione pejzaże” (Wydawnictwo „Współczesność” 1958)

„Dalekie drzewo” (Wybór wierszy 1976, Wydawnictwo „Iskry”)

„Pasje i pasjanse” (1978, Krajowa Agencja Wydawnicza)

„Śmiech Pompei” (Wybór wierszy, 1987 Bellona)

„Śmiech krwawi” (Wiersze z peregrynacji literackich)

„Milczy las” (1995, Wydawnictwo Jaskółka)

„Wiersze wigilijne” (1997, 2004, Polska Oficyna Wydawnicza)

„Cienie Gibraltaru” (1999, Wydawnictwo Jaskółka)

„Proroctwa Polskie” (2005, Wydawnictwo Anagram)

„Oto idzie biel” (2007, Muzeum Pozytywizmu)

„Śmigły” (2005, Wydawnictwo Jaskółka)

 

Publikacje w antologiach

 

„Vertige de bim vivre” (1962, Wydawnictwo Le Pont de Lepee Paryż)

„Opinogóra w wierszach” (1986, Wydawnictwo Stowarzyszenia Pracy Twórczej Ciechanów)

„W blasku legendy”. Kronika poetycka życia J. Piłsudskiego (1988, Editio Spotkania)

„XV Word Congress of Poets” (1994, Taipei Tajwan)

„The Olympoery Novement Comitte” (1996, New York)

„Słowem ocalać słowo” (1997, Wydawnictwo Stowarzyszenia Pracy Twórczej Ciechanów)

„Myśl i mowa” (co roku od 1998 do dziś, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, z wierszem „Nike Warszawska”)

„Lektury literackie” (2004, wydane przez Oficynę Zielona Sowa Kraków)

„Tropami Sienkiewicza” (2006, Ciechanowskie Zeszyty Literackie)

„Polish Writer of America” (2006, USA)

 

Książki nie wydane

 

„Bal u Wernyhory” (dramat, 1973)

„Agent Główny” (opowieść o Sadyku Paszy)

„Ja, anarchista” (autopamflet)

„Ja, syn bandyty” (historia z AK)

 

Stanisław Stanik



Top of Form


 

Roman Śliwonik 1997

Fot. Agnieszka Herman




Agnieszka Herman rozmawia z Romanem Śliwonikiem, 1997

 

zasady

 

Po ośmiu latach od wydania ostatniej książki, Roman Śliwonik wydaje tom poezji z nowymi wierszami. Książka, która niedługo po tej rozmowie ukazała się w Bibliotece „Magazynu Literackiego”, nosi tytuł „Tylko wzruszenie”.

 

rozmowa Agnieszki Herman z Romanem Śliwonikiem: 

 

Ostatni tomik wydał Pan w 1989 roku. Dlaczego taka długa przerwa; blokada wewnętrzna czy problemy z wydawcami?

 

Nie miałem nigdy trudności z pisaniem. Chociaż w życiu nie zawsze zdążam ze wszystkim, to napisałem dotąd 20 książek. „Rozszerzanie sekundy” złożyłem w Państwowym Instytucie Wydawniczym, w którym wydałem wcześniej wiele tomików, prozę i poezję. Ale oficyna ta miała w nowym czasie, jak wiele innych państwowych wydawnictw, trudności z dostosowaniem się do warunków gospodarki rynkowej. Mało wtedy drukowano poezji, rozwiązywano umowy z autorami, ale podpisywano je z innymi, kolejno wybranymi przez siebie autorami. mnie co prawda zapłacono honorarium, ale książkę oddano. Papierowe koło musi się przecież kręcić.

 

Nie zwrócił się Pan do innych wydawnictw?

 

Napisałem do dwóch. Z jednego przyszła odpowiedź, że mają dość swoich autorów. Z drugiego nawet nie otrzymałem odpowiedzi. Do chamstwa andal nie mogę się przyzwyczaić.

 

Nie było chyba tak źle. W 1993 roku pewien młody człowiek wznowił Pana pierwszy tomik, wierząc, że „w dobie spontanicznie rodzącej się wzmożonej potrzeby obcowania ze światem duchowym człowieka, Śliwonikowa poezja wolności i ciszy trafia w swój czas i rychło znajdzie gorących wielbicieli”.

 

Tak. Janusz Kotara wydał „Ściany i dna”. Tacy może byli Kolumbowie, bezinteresownie chcący dzielić się ze światem tym, co uważają za cenne również dla nich samych. Tacy z pewnością są poeci. Może dlatego ja sam piszę – bo w końcu pisanie to dzielenie się albo zachowywanie drogocenności.

 

Na brak wielbicieli nie może Pan zatem narzekać.

 

Mogę. Chociaż rzeczywiście dostawałem telegramy, ludzie dzwonią do mnie i nie przedstawiając się dopytują, kiedy będzie kolejny tomik. Kiedyy ostatnio byłem an spotkaniu w Siedlcach, pewna studentka wyznała, że po mój autograf przyjechała z Krakowa. Kto powiedział, że powinno sizyta, jeli jest na sali cho jedna osoba.

 

Takich zaprzysięgłych zwolenników ma Pan wielu. Jerzy Kryszak wyznał w telewizji Ninie Terentiew, że an bezludną wyspę zabrałby przede wszystki Pana książki. Czy ma Pan idealnego Czytelnika, dla którego Pan pisze?

 

Może mam kilka osób, do których się wewnętrznie zwracam. Są to zawsze ludzie wybrani spośród innych. Z pewnością są to ci, których kochamy, najbliżsi. Bóg, który pozwala mi się wypowiedzieć.

 

Czyli odnalazł Pan Boga?

 

Musiałem, albowiem życie bez Boga nie miałoby sensu. Musimy ten kosmos czymś lub kimś wypełnić. Bardzo trudno samemu mierzyć się z nicością. Próbowałem pustkę wypełnić poezją, ale w tej poezji zawsze był Bóg.

 

Nie tak postrzegają Pana krytycy. „Można w sumie uznać Śliwonika za najbardziej reprezentatywnego przedstawiciela „Współczesności”. które Marksa już się nie bało, a Boga na próżno usiłowało odkryć w sobie” – napisał Piotr Kuncewicz w jednym z tomów „Agonii i nadziei”.

 

Nie można uznać. Mało kto wie, że w założonym przeze mnie i grupę młodych pisarzy tygodniku „Współczesność: zamiast manifestu poszedł mój felieton. Czuję się jednak przede wszystkim przedstawicielem Romana Śliwonika.

 

W książce Kuncewicza możemy dalej przeczytać „Sama poezja natomiast nie dawała się sprowadzić do jakiejś jednej wyraźnej formuły, ani też do jakiejś szkoły lub wpływu. Z tomiku na tomik poezja się zmienia. Są oczywiście cechy stałe, takie jak nastrój, powaga, zamyślenie, ale całość jest już inna”.

 

Ja szukam, stale szukam. Może jest to potwierdzenie czegoś metafizycznego i mało pojmowanego, że czlowiek rodiz się poetą, myśli poezją, a nawet nią żyje.

 

Pan urodził się poetą?

 

Tak. Jest to urodzenie szlachetne, ale kłopotliwe. Zmieniam się razem z moją poezją, chcę inaczje anzywać rzeczy. Z poezją czlowiek mądrzeje, zmienia się perspektywa, wiele rzeczy wydaje się mneij ważnych. Są to jednak poszukiwania nie tylko formalne, ale i myślowe. Mam wewnętrzne przekonanie o słuszności rozwiązania myślowego i artystycznego i równocześnie swiadomość rozminięcia się. To wieczne rozchodzenie się jest jedną z największych i najbardziej gorzkich inspiracji.

 

„Jest poetą egzystującym jakby obok rojnego poetowiska, chodzący własnymi – bywa pijanymi – drogami...” Tak charaktery zuje Pana Jan Adam Borzęcki. Czy alkohol pomaga Panu w pisaniu, inspiruje?

 

Od 7 lat nie piję nawet piwa i nie dlatego, że nie mogę. Nie chcę.

 

Pana pokolenie miało odmienny stosunek do alkoholu. Grochowiak, Iredyński, Kryska związali się z nim aż po grób. Pan się od alkoholu odżegnuje. Jakie jest to trzeźwe spojrzenie?

 

 Bardziej wrażliwe, ciekawsze, szersze i wyostrzone. Nie wiem, po co piłem, przy mojej wyobraźni wódka tylko ogranicza. Ludzi przeciętnie zdolnych wódka na moment powiększa, kreuje. mają chwilę rozbłysku, wydają się nam, czy raczej sobie, ciekawsi. Ja muszę wyobraźnię swoją dyscyplinować – nie brak mi podniet, nie muszę ich szukać w alkoholu. Kiedyś z Grochowiakiem przeprowadziliśmy eksperyment, postanowilismy, że napiszemy po wódce wiersze, a potem sobie pokażemy to, co powstało. Oczywiście były to bełkoty. Wódka ma to do siebie, że mała ilość nie działa, natomiast większa powoduje, że nie można pisać. Napisałem poemat „Biała gorączka”  - przedstawiający stan po wódce, ale to nie było napisane po wypiciu. Jesli coś powypiciu powstało, na pewno nie było dobre.

 

Jest Pan zatem pisarzem, który traktuje poezję abrdzo tradycyjnie: powstanie, natchnienie, powaga...

 

Od początku jestem taki sam. Każdy może zostać poetą, każdy kto ma komputer, maszynę do pisania, czy wręcz kartkę i długopis. jednak stosunek do poezji jest również sposobem życia. Być poetą to powołanie i praca. W literaturze przeszkadzają mi piszący, chcący być poetami za wszelką cenę – ludzie, dla których jest to zajęcie, z którym nie chcą i nie potrafią zerwać, Zakamarki i rzekome zawiłości warsztatowe są dla mnie przejrzyste, jesli ktoś klepie metaforę jak podeszwę, nawet jesli siedział nad nią osiem lat, aż ją wyklepał jak szewc, rozciągnął, spłaszczył, nadał tkai czy inny kształt, to w dalszym ciągu jest to tylko klepanie. Za dużo tego usiłowania. Może takie formy powinny nazywać się zapisami, bo z wierszami najczęściej nie mają wiele wspólnego.

 

Ma Pan duże poczucie humoru, ale w wierszach nie ma po tym śladu.

 

Napisałem teraz komedię. W wierszach nie lubię ironii nadającej się raczej do błyskotliwych rozmów salonowych.

 

A rodzaj subtelnej ironii u Wisławy Szymborskiej...

 

Lubię czytać również i taką poezję, ale sam tą metodą się nie posługuję.

 

Nie chce Pan być rzemieślnikiem, nie nęci Pana blask salonów. Jaki jest styl Pana pracy?

 

Niewiele rzeczy wyrzucam, mało kreślę. Mało pracuję na papierze, mam myślowe skreślenia. Muszę nawet pisać an ładnym papierze! Do pisania się przygotowuję, nie zapuszczam brody, tylko się golę, zakładma białą koszulę. Muszę być czysty zewnętrznie i wewnętrznie, nie lubię pisać w kapciach.

Literatura nie ma dla mnie tajemnic warsztatowych, mogę być bezradny w sensie myślowym, być może nie przyszła na mnie pora mądrości najpełniejszej, ale wobec samej twórczości nei jestem bezradny.

 

A czy nie przeszkadza panu sytuacja stabilności: uczuciowa i materialna?

 

Mam piekną żonę, którą kocham. materialna stabilizacja mi nie grozi, wszak żyję z pisania.

 

Imperatyw pisania może być przekleństwem stabilnego układu rodzinnego.

 

Początkiem jest powołanie, wybranie. Potem mądrzejemy w trakcie procesu pisarskiego. Dzięki poezji osiągnąłem trochę inny wymiar człowieczeństwa. Ale gdy człowiek z jakichś potrzebnych mu względów uzna się za kogoś odrębnego, to równocześnie dostrzega, że gdyby nie był z innymi, nic by nie osiągnął.

 

Proszę mi powiedizeć, dlaczego w Pana poezji nie ma cytatów, nie posługuje się Pan nazwiskami innych, nie ma śladu lektur...

 

Co miałem przeczytać – przeczytałem, nie powołuję się na lektury. Wydaje mi się, że pisanie erudycyjne nie powinno się znaleźć w tkance myślowej, z jakiej składa się wiersz. Ktoś napisał, że jestem jedynym pisarzem polskim, u którego nie znalazł motta. Nie lubię podpórek myślowych, czasami motto więcej mówi niż wiersz. Po co więc dalszy tekst? Poezja to kształt, dramaturgia, to słowo, czystość, nawet gdy jest z samego brudu. Wsadzanie doń obcych tworów jest barbarzyństwem. Nie lubię szarości, mówienia o niczym, wewnętrznego pędu poety, żeby zabłysnąć jedną metaforą. Wygląda to tak, jakby poeta terminował u tekściarza, łowił złotą myśl, która uwiedzie czytelnika.

 

Stawia Pan sprawy na ostrzu noża.

 

Czyżbym miał coś z kanodziei?

 

Na to wygląda. A czy bycie poetą to misja, powołąnie, sumienie narodu?

 

Tak, a jeśli niezupełnie – to chociaż jest to zapis świadomości lub braku świadomości. Chociaż poezja nie jest od tego, by zastępować publicystykę. Dosłowność gazetowa zabija poezję. Zapis alkoholowy, orgiastyczny, narkotyczny, polityczny jest tylko nieporadnością.

 

W swoich utworach sięga Pan po struktury uniwersalne, ale znajduję również takie, które odnoszą się do sytuacji tu i teraz. Pojawiły się nawet nazwiska polityków.

 

Dwa razy. Po wybuchu stanu wojennego napisałem list otwarty do generała Jaruzelskiego, a w najnowszym tomie będzie wiersz o Wałęsie. Zasłużył on na to tak – jak człowiek epoki – Papież. Los umieścił mnie na nieładnej równinie, która nazywa się Polska i jako człowiek myślący mam obowiązek zajmowania się sprawami kraju. Taka jest rola pisarza.

 

Czy poezja powinna być dokumentem czasu?

 

 Muszę czasem odzywać się w imieniu kraju, muszę upomnieć się o innych, o upokarzanych, ja mam obowiązek nazywania spraw takimi, jakie są.

 

Dlaczego nowy tom zatytułował Pan „Tylko wzruszenie”? Kiedyś powiedział Pan, ze wiersz bez spoidła, jakim jest wzruszenie – a wzruszenia bywają różne – jest niewypałem.

 

Chciałem, zeby czytający mógł przeżyć wzruszenie i zamairu tego nie ukrywam.

Cenimy każdy wiersz, ale w książce służy on również temu, że staje się on budulcem mającym stworzyć dzieło. Książkę. Nielicznym to się udaje. Sądziłem, że będę lojalny wobec czytelnika, mówiąc o co chodzi, czego może poszukiwać, czego może się spodziewać.

Oczywiście mógłbym pisać kryminały, ale piszę wiersze – po to, żeby wywoływać w ludizach pewien rodzaj duchowości, ponieważ widzę, że tej duchowości brakuje.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała Agnieszka Herman

 


Top of Form

Wywiad z Panem Kazimierzem Lindą

 

Przeprowadziła  - Alicja Maria  Kuberska

 

- Kim jest Pan Kazimierz Linda? 

 

Na to proste pytanie znajdziemy odpowiedź w Internecie. Wystarczy wpisać w wyszukiwarce imię i nazwisko, aby otrzymać suche, encyklopedyczne informacje. Dzisiaj mam przyjemność przedstawić Państwu Pana Kazimierza. Chciałabym Go pokazać  jako człowieka niezmiernie życzliwego i skromnego. Cieszę się, że znalazł wolny czas , aby odpowiedzieć na zadane pytania. Przeważnie Pan Kazimierz jest zajęty składaniem tomików i korespondencją z poetami. Na moje pytanie:

- Panie Kaziu, kiedy się ukażą fraszki? – przeważnie otrzymuję odpowiedź

- Teraz nie mam czasu, robię okładkę do tomiku Pani X- albo-  składam tomik  Panu Y.

Ogrom pracy i zaangażowania Pana Kazimierza Lindy pokazuje Jego domowa biblioteczka, w  której na półkach stoją tomiki podarowane przez wdzięcznych autorów. Ile ich jest? Trudno ocenić, ale myślę, że grubo pnad sto. Pan Kazimierz Linda pomaga poetom z całego świata pokonać meandry biurokracji i bariery techniczne, i jak przysłowiowy szewc „ sam chodzi bez butów”. Zapraszam Państwa do lektury niniejszego wywiadu z „człowiekiem – instytucją”, który mówi o sobie

- Cóż o mnie można napisać? Jestem taki niemedialny.

- To się okaże Panie Kaziu. Proszę odpowiedzieć na kilka pytań, a czytelnicy sami osądzą,,

 

1.Kiedy powstał Pana pierwszy wiersz i  co było jego inspiracją? Czy mógłby Pan zacytować fragment tego  utworu?

To były lata "szkolne". Grałem wówczas w orkiestrze Zespołu Pieśni i Tańca. Po wyjeździe na koncert (do Rzeszowa) napisałem dość długą relację z przygód podczas podróży. Napisałem ją wierszem 13-zgłoskowym, rymowanym (na wzór mickiewiczowskiego "Pana Tadeusza"). Oczywiście w jednym egzemplarzu, pismem odręcznym (o kopiarkach nikomu wówczas się "nie śniło"). Pokazałem to dyrektorowi MDK, Już do mnie nie wróciło. A szkoda, bo podobno podobało się...

2.Proszę powiedzieć kilka zdań o swoich osiągnięciach twórczych.

Pierwsze, co zachowało się w moich zasobach, to teksty napisane "na zamówienie" - kuzyneczka była współorganizatorką studniówki w Liceum Ogólnokształcącym (w którym rozpocząłem naukę "ponadpodstawową" (niedokończoną, ponieważ później zmieniłem szkołę). Był to tekst piosenki "studniówkowej" do melodii piosenki "Jabłuszko pełne snów" oraz drugi - opisujący zachowania i charakterystyczne wyrażenia nauczycieli, pracujących w tym czasie w LO. Po prezentacji tekstu przez kilka lat trwało "dochodzenie" poszukujące autora tekstu (nie było tam niczego ubliżającego, lecz tekst po prostu się podobał). Po kilku latach spotkałem jedną z nauczycielek i podczas rozmowy w restauracji przy kawie wróciło wspomnienie tego tekstu. Wówczas przyznałem się do jego autorstwa... Później powstawały wiersze, z których część zachowała się na pożółkłych karteczkach. W 1996r. pokazałem je Pani Annie Kajtochowej (poetka, dziennikarka i krytyk literacki z Krakowa), która zachęciła mnie do wydania książkowego tych wierszy. Wydałem je w r. 1998 nakładem własnym, również własnym składem, w postaci debiutanckiego tomiku "Dylematy". Autorką "Postscriptum" w tym tomiku była oczywiście P. Anna. Po 10 latach (2008) wydałem drugi tomik "Dryf", a w r. 2010 - trzeci tomik "Próg" (dwujęzyczny, z tłumaczeniem wierszy na język angielski, wykonanym przez Dorotę Zegarowską z Warszawy). Dodam jeszcze, że posiadam własną stronę internetową www.kazlinda.republika.pl, na której można znaleźć moje prace.

3. Jaka tematykę porusza Pan w swoich wierszach?

Moją ulubioną tematyką jest liryka osobista. Piszę pod wrażeniem chwili, relacjonując w ten sposób swoje uczucia i odczucia. "Z daleka" omijam tematykę polityczną, nie lubię wierszy "zaangażowanych".

Drugim nurtem jest satyra, głównie fraszki. Czasami zdarza mi się napisać wiersz satyryczny, opisujący zdarzenie, jak również parodiować utwory klasyczne (np. "Powrót taty" Mickiewicza). Ostatnio zacząłem pisać również limeryki, choć to dopiero początek...

4.Działa Pan aktywnie w środowisku artystycznym Stalowej Woli. Proszę opowiedzieć nam o swoich osiągnięciach w krzewieniu kultury w tamtym regionie.

W roku 1997  w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Stalowej Woli zainicjowano spotkania ludzi piszących. Inicjatorami spotkań byli: ówczesna Dyrektor MBP oraz redaktorzy lokalnego tygodnika "Sztafeta". W tygodniku powstała nawet rubryka "Witryna literacka", prezentująca utwory, czytane podczas tych spotkań (rubryka funkcjonuje nadal). Było to inspiracją do zorganizowania ludzi piszących. Powstał "komitet założycielski", który opracował statut i zarejestrował Stowarzyszenie Literackie "Witryna". Na zebraniu wyborczym I kadencji powierzono mi funkcję przewodniczącego komisji rewizyjnej. W drugiej kadencji zostałem członkiem zarządu, a w dwóch kolejnych pełniłem funkcje prezesa stowarzyszenia. W wyniku zapisu statutowego funkcji tej nie mogłem pełnić dłużej niż przez 2 kadencje (później na mój wniosek zapis ten usunięto ze statutu). W roku 2011 złożyłem deklarację członkowską w Stowarzyszeniu Autorów Polskich i zostałem członkiem Oddziału Warszawskiego II SAP.

 

5. Jest Pan mentorem młodego pokolenia poetów. Proszę nam opowiedzieć o swoich podopiecznych i problemach z jakimi się borykają.

 

Trudno moją działalność określać tak zaszczytnym mianem "mentora". Lubię pomagać i nie potrafię "przejść obok" osoby, proszącej mnie o pomoc. Moje motto, utworzone na własny użytek brzmi: "Nic bardziej nie zbliża ludzi, niż ciepło dłoni, podanej w gorącej potrzebie". Staram się żyć na co dzień w zgodności z tym mottem. Przy okazji niektórzy (w szczególności młodzi) proszą mnie o opinie na temat ich twórczości, jednak niechętnie zajmuję się oceną, a jedyne, co chętnie robię w tym zakresie, to zwracanie uwagi na zgodność zwrotów literackich w utworach z zasadami gramatyki polskiej.

6. Cieszy się Pan opinią osoby bardzo życzliwej i służącej pomocą w pokonywaniu problemów związanych z  wydaniem tomiku. Proszę opowiedzieć przez jakie etapy muszą przejść  wiersze zanim trafią do druku.

Kilka osób po prostu zwróciło się do mnie o pomoc w wydaniu debiutanckich (i kolejnych) tomików poezji. Ponieważ nie jest mi obca umiejętność dokonywania redakcji technicznej i składu książek, pomogłem w tym zakresie, przy okazji nawiązując kontakty z drukarniami, co zaowocowało wydaniem w druku prawie 70 tytułów książkowych różnych gatunków (poezja, proza, dramat, antologia/almanach głównie osobom z Polski, ale także ze Szwecji, Wielkiej Brytanii czy Niemiec). Niektóre osoby pozostały przy mnie i pomagałem im wydać kilka kolejnych książek.

7. Czy znane są Panu losy poetów, którzy wyszli spod Pana skrzydeł? Czy nadal Pan współpracuje z tymi osobami?

Znów wyolbrzymienie w pytaniu... Nie rozpościeram żadnych skrzydeł, ponieważ ich nie posiadam. Nie czuję się osobą kompetentną do wprowadzania kogokolwiek w świat literatury. Staram się jedynie być życzliwym i nie odmawiać pomocy w zakresie, w którym coś potrafię, czyli głownie pomoc w publikacjach. Młodych ze Stalowej Woli zachęcam do udziału w prowadzonych przez MBP "Warsztatów literackich WERS", gdzie odbywają się zajęcia warsztatowe  i efektem działalności tych warsztatów jest grono młodych twórców, zdobywających systematycznie laury w konkursach. Ale to przecie nie moja zasługa...

8. Dowiedziałam się, że przygotowuje Pan do druku tomik z wierszami satyrycznymi. Proszę uchylić rąbka tajemnicy i opowiedzieć nam o tej książce.

Tomik - miniaturka już jest gotowy. Jest to zbiorek tekstów satyrycznych, głównie fraszek, choć znalazły się tez próbki bajek czy limeryków. Zbiorek nosi tytuł "Nieuczesanie".

 

 

Dziękuję bardzo za rozmowę.

 

 

2014.02.05

 


Top of Form

Wywiad z Panem Profesorem Włodzimierzem Kuperbergiem

przeprowadziła Alicja Maria Kuberska

 

Matematyka jest sztuką

 W niniejszym wywiadzie chciałabym przybliżyć Państwu postać wybitnego polskiego matematyka – Pana Profesora Włodzimierza Kuperberga, zamieszkałego obecnie w USA i pracującego na Uniwersytecie w Aubum, w Alabamie. Spotkaliśmy się w internecie, a inicjatorką naszego spotkania była Pani Danuta Błaszak.  Wszystko zatem się zaczęło od pracy nad antologią pod tytułem„Współcześni Pisarze Polscy 2000-2014”, nad wydaniem której miałam przyjemność trochę popracować. Esej Pana Profesora na temat „ Mathematics versus poety” znajduje się w tej książce .W taki oto sposób zaczęła się niezwykła przyjaźń na odległość. Pisujemy do siebie bardzo często i dzięki temu mam przyjemność poznawać niezwykłego człowieka – bardzo miłego, ciepłego i z dużym poczuciem humoru. Chcę aby Państwo, za moim pośrednictwem, mogli uczestniczyć w naszych rozmowach. Proszę wybaczyć, że zwracam się do mojego rozmówcy po imieniu. Czynię to na wyraźną prośbę Pana Profesora. Zapraszam zatem do lektury wywiadu, w którym odkryjemy urodę królowej nauk i osobisty urok jej przedstawiciela.

1. Urodziłeś się na terenach obecnej Białorusi. Proszę w paru słowach opisać swoje najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa i dom rodzinny.

 

Wojna zmusiła moich rodziców do opuszczenia domu rodzinnego w Warszawie i ucieczki na Wschód. Prawda, urodziłem się na Białorusi, ale wkrótce potem cała rodzina (rodzice, starsze rodzeństwo i ja) została przesiedlona dalej na Wschód, aż do Kirgizji. Wróciliśmy do Polski tuż po wojnie, gdy miałem pięć lat; osiedlono nas w Szczecinie. Z pobytu w Kirgizji mam głównie ciepłe, dziecięce wspomnienia, choć pamiętam też okresy chorób i głodu... Szczecin to moje miasto rodzinne. W Szczecinie się wychowałem, chodziłem do szkoły i prawie dorosłem. Mówię "prawie", bo w końcu chyba nigdy nie dorosłem.

 

2. Kto pierwszy zauważył, że masz wybitny talent matematyczny?

 

Dziękuję za miły komplement, ale trudno mi na to pytanie odpowiedzieć: jak dotąd nikt mnie jeszcze o takowym talencie nie powiadomił. 

 

3. Czy nauczyciele stosowali w stosunku do Ciebie jakieś specjalne metody nauczania?

 

Metody nauczania stosowane w mojej szkole nie wyróżniały nikogo. Byłem wtedy i jestem po dziś dzień wdzięczny za to, że traktowano mnie nie inaczej niż innych.  Moje wspomnienia ze Szkoły Podstawowej i Liceum Ogólnokształcącego (LO5 w Szczecinie - świetna szkoła!) są niezwykle miłe i wzruszające.

 

4. Jaka była pierwsza nagroda w szkole za osiągnięcia na polu matematyki?

 

Największą nagrodą były dla mnie pochwały - choć na ogół rzadkie – z ust nauczycieli. Rozpuścił mnie pod tym względem jedynie nauczyciel matematyki Profesor Mirowski jeszcze w szkole podstawowej. Po maturze w roku 1959 na uroczystym zakończeniu roku szkolnego, w nagrodę za sukces w Dziesiątej Olimpiadzie Matematycznej otrzymałem czterotomową "Analizę Matematyczną" Pogorzelskiego, oraz olbrzymi bukiet kwiatów. Byłem dosłownie oszołomiony...

 

5. Czym było dla Ciebie zdobycie nagrody Fieldsa ? W którym roku i za co ją otrzymałeś?

 

To był dowcip, na który pozwoliłem sobie około piętnaście lat temu. W.C. Fields (1880-1946) nie miał nic wspólnego z matematyką, natomiast był wspaniałym amerykańskim aktorem komediowym. Medal srebrny na jego cześć został wybity w roku 1971. Udało mi się zdobyć jeden z tych "medali Fieldsa" za niską cenę przez wygranie aukcji internetowej Ebay. Zdjęcie umieściłem na mojej stronie w internecie pod http://www.auburn.edu/~kuperwl/Fields.jpg jako dowcip. Natomiast najwyższa nagroda dla matematyków, zwana Medalem Fieldsa (nazwa pochodzi oczywiście od innego Fieldsa, kanadyjskiego fundatora tej nagrody), jest przyznawana co cztery lata wybitnym młodym matematykom (w wieku do lat 40) za wyjątkowo ważne odkrycia w różnych dziedzinach matematyki - patrz http://pl.wikipedia.org/wiki/Medal_Fieldsa . Niezasłużone gratulacje z okazji zdobycia nagrody Fieldsa, które czasami otrzymuję, przyjmuję z wielką uciechą i przymrużeniem oka!

 

6. Czy brałeś udział w olimpiadach matematycznych i jakie wspomnienia się z tym wiążą?

                                                                                                   

Wspomniałem już o tym w odpowiedzi na pytanie czwarte. Dodam jeszcze, że wspomnienia mam wciąż świeże, wyraźne i szczegółowe, bo sukces ten był dla mnie zupełnie nieoczekiwanym, najwspanialszym  w życiu wydarzeniem.  Największe wrażenie wywarło na mnie przemówienie Profesora Kazimierza Kuratowskiego w czerwcu roku 1959 w Warszawie na uroczystości wręczenia dyplomów laureatom X Olimpiady Matematycznej. Dwa lata później zdawałem u Niego egzamin ze Wstępu do Topologii, a cztery lata później byłem zaszczycony Jego członkostwem w mojej Komisji Magisterskiej. Moim promotorem do magisterium i doktoratu był Profesor Karol Borsuk, Mistrz Niedościgły i najszlachetniejszy człowiek z wszystkich, których w życiu spotkałem.

 

7. Jakich profesorów ze studiów wspominasz z sentymentem?

 

Wspomniałem właśnie Profesorów Kuratowskiego i Borsuka. Miałem też szczęście widywać na Wydziale Matematyki UW lub słuchać ich wykładów kilku innych luminarzy Polskiej Szkoły Matematycznej z jej najświetniejszego okresu rozwoju, w latach międzywojennych. Należą do nich Profesorowie Stanisław Mazur i Wacław Sierpiński. Profesora Samuela Eilenberga, który opuścił Polskę tuż przed wybuchem wojny widziałem podczas jego wizyty w Warszawie, gdy jeszcze byłem studentem. Profesorów Stanisława Zygmunda, Marka Kaca i Stanisława Ulama spotkałem i poznałem osobiście dopiero w Ameryce, w późnych latach siedemdziesiątych.

 

8. Dlaczego wyjechałeś z Polski, w którym roku się to stało? Jakie były Twoje losy na emigracji?

 

To historia bardzo długa, na którą składa się wiele przeżyć osobistych wiążących się z wydarzeniami burzliwego okresu lat 1967-69.  Pisać o tym niełatwo, ale chętnie opowiedziałbym szczegóły w rozmowie przy kawie lub kieliszku...

 

9. Dotarła do mnie informacja, że jesteś uzdolniony muzycznie. Na jakim instrumencie grasz i kiedy? Czy muzyka wiąże się z matematyką?

 

"Uzdolniony" to gruba przesada.  Gram (a raczej brzdąkam) na gitarze i na banjo, oraz próbuję z zapałem grać na harmonijce ustnej (instrument zaskakująco trudny).  Czynię to wyłącznie, gdy nie ma nikogo w pobliżu...

 

10. Napisałeś esej o związku matematyki z poezją. Proszę przybliżyć nam swoje upodobania związane z literaturą i poezją.

 

Literatura i poezja to niezbędny element intelektu dla wszystkich - matematycy nie są tu wyjątkiem. Lubię wszelkiego rodzaju literaturę i poezję, a zwracam szczególną uwagę na kunszt pisarski autorów, czasem nawet bardziej niż na temat ich utworów.  Odczuwam wielkie zaległości w tej dziedzinie, bo za młodu niestety nie przykładałem dostatecznej uwagi do tych spraw.  Po wyjeździe z Kraju odczułem dużo bardziej potrzebę czytania, żeby języka ojczystego nie zapomnieć.

 

11. Czy napisałeś kiedyś wiersz? Czy moglibyśmy zapoznać się z Twoją twórczością literacką?

 

Niestety nie. Nie czuję w sobie takiego powołania, a bez powołania lepiej się do takich rzeczy nie zabierać.

 

12. Jakie hobby posiadasz  i jak lubisz spędzać swój wolny czas?


Muzyka, oczywiście (patrz powyżej), oraz różne inne takie tam.  Lubię układać mozaiki z kolorowych kafelków ceramicznych, szczególnie według własnego projektu.  Bawię się troszkę fotografią.  Kolekcjonuję różne starocie: scyzoryki, pióra wieczne (czasem je sam naprawiam), kałamarze, sprzączki, spinki do mankietów, monety, medale z bronzu, etcetra, etcetera... A w wolnym czasie najczęściej rozmyślam o rozmaitych zagadnieniach matematycznych, bo matematyka nie jest dla mnie pracą.  Nie jest też ona moim "hobby", lecz czymś dużo ważniejszym i poważniejszym.

 

 

13. Proszę powiedzieć jakie miejsce w Twoim życiu zajmuje matematyka, a zwłaszcza topologia i geometria.

 

Jak już wspomniałem, matematyka to pasja mojego życia i główne moje zajęcie. Czasem doznaję dzięki niej głębokiej satysfakcji, ale wciąż pragnąłbym więcej wiedzieć, móc ogarnąć szerzej, widzieć jaśniej i wyraźniej...  Geometria i topologia mają to do siebie, że zagadnienia, pojęcia, obiekty i ich własności mogą być "oglądane" wewnętrznym okiem wyobraźni, niemal jak prawdziwe, rzeczywiste, fizyczne obiekty, uwzględniając ich kształty, wzajemne położenie, a nawet możliwość ich ruchu oraz deformacji. Taki "wgląd" często prowadzi do formalnego dowodu twierdzeń, czy też umożliwia zaskakujące uproszczenia skomplikowanych obliczeń.

 

14. Jakie znaczenie ma matematyka we współczesnym świecie z Twojego punktu widzenia?

 

Od zarania cywilizacji matematyka była (i nadal jest) i rzemiosłem, i narzędziem dla innych dziedzin, i nauką samą dla siebie, i wreszcie sztuką prawdziwą. Niewiele się pod tym względem zmieniło.  Oczywiście, zmienny świat i zmienne okoliczności wymagają zmian w matematyce, więc i ona się rozwija i dostosowuje do zmian - w każdej ze swoich postaci.  Dawno już nazwana "królową wszech nauk" jest nią ona w dalszym ciągu, zarówno jako nauka, jak też i sztuka.

 

 

Dziękuję Ci Włodku za rozmowę i liczę na dalsze wspomnienia przy kawie … lub lampce wina.

 

2014.01.21

 

 

Top of Form

 

Wywiad z Renatą Pacyną

 

przeprowadziła Alicja Maria Kuberska

 

Czy okładka książki może być dziełem sztuki?

 

 

Należę do pokolenia ludzi, którzy kochają książki. Lubię wyprawy do księgarń, ze względu na ich specyficzna atmosferę; wspaniale jest wziąć do ręki tom, poczuć zapach papieru i farby. E- booki są praktyczne, ale nie spełniają moich wszystkich oczekiwań. Zostawiają poczucie niedosytu. Nadal zatem wędruję po księgarniach i wertuję nowe pozycje wydawnicze. W trakcie tych wypraw pojawiło się pytanie: co przyciąga uwagę potencjalnego
czytelnika? Są osoby, które przychodzą po z góry upatrzoną pozycję, są też i takie, które na miejscu, w księgarni poszukują interesujących pozycji. Tych drugich, tak jak i mnie często przyciąga szata graficzna, a zwłaszcza okładka woluminu. Dzisiaj chciałabym porozmawiać z Panią Renatą Pacyną, doktorem Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Tematem naszego wywiadu będzie sztuka projektowania książki.

 

 

 

Pytania

1,Pracuje Pani obecnie w Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Kto i kiedy odkrył Pani talent plastyczny?

 

Myślę, że osobą tą była Pani Łucja Łapka, ucząca mnie plastyki w szkole podstawowej. To ona pierwsza zauważyła u mnie predyspozycje, zachęcała do brania udziału w konkursach plastycznych i otaczała życzliwą uwagą.

Największą jednak wdzięczność w stosunku do niej czuję za skłonienie mnie do zdawania do liceum o profilu plastycznym. Podjęcie decyzji o zdawaniu do szkoły położonej kilkadziesiąt kilometrów od rodzinnego miasta było trudne dla czternastolatki. Bez wsparcia Pani Łucji trudno by było mi ją podjąć. W wieku czternastu lat odkryłam, że mogę decydować o sobie – postąpić wbrew sugestiom rodziców. Poczucie odrębności, odwaga samostanowienia stały się nie tylko praprzyczyną wszystkich późniejszych wydarzeń, ale dały mi też jak sądzę, potrzebną do projektowania umiejętność definiowania potrzeb.

 

 

2,Proszę powiedzieć parę zdań o osobach , które wywarły znaczący wpływ na Pani osobowość artystyczną.

 

Wiele jest osób, które powinnam wymienić, odpowiadając na to pytanie. W liceum plastycznym, ważnym dla mnie nauczycielem był profesor Matuszczyk prowadzący .zajęcia z liternictwa. Były w liceum postacie bardziej barwne, efektowne, budzące większe emocje. Profesor Matuszczyk był skupiony, wyciszony i oddany pracy. Przy jego charakterze, zaskakiwała energia, która pojawiała się gdy mówił o liternictwie. Światła międzyliterowe, konstrukcja litery, złudzenie optyczne, kroje pism, kompozycja, harmonia, obraz, przekaz. Liternictwo okazuje się być mikrokosmosem zawierającym wszystkie informacje potrzebne do poprawnego projektowania. Wcześniej nie miałam o tym pojęcia. Podobało mi się zaangażowanie profesora i to, jak wiele potrafił zobaczyć w znaku graficznym. Nie wiem dlaczego utkwiło mi w głowie zdanie, które brzmiało mniej więcej tak: ”Kiedy zaprojektuję znak, stawiam go sobie na widocznym miejscu i spoglądam na niego – na przykład podczas kolacji. Na drugi dzień, przy śniadaniu, stawiam go do góry nogami i ponownie przyglądam się wyważeniu świateł”.

Co roku, niezależnie od zakresu jaki obejmuje temat pracy semestralnej, przekazuję studentom informacje uzupełniające ich wiedzę na temat liternictwa. Wiem, jak bardzo jest im to potrzebne.

 

Pani pytanie zawiera sugestię dotyczącą pewnego ukształtowania osobowości, więc w dalszej wypowiedzi skupię się na pedagogach wykładających w Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu.

 

Pamiętam pierwszy rok studiów i Podstawy Projektowania Mebla, prowadzone przez rzeczowego, konkretnego Ad. Edwarda Gańczę. Oglądaliśmy rysunek techniczny. Nic skomplikowanego, złącze meblowe, i nagle padło pytanie: „A jak pani chce ten wpust zrobić? Wpuści tam pani tresowaną kołatkę?” Zażenowanie. Wniosek: zarówno całość jak i detal powinny rządzić się właściwą sobie logiką. To podstawowy warunek projektowania.

Dzisiaj powiedziałabym, że podkreślona rola komunikatywności i logiki stanowi moim zdaniem, obok odpowiedzi na zapotrzebowanie odbiorcy, kryterium kwalifikujące działalność artystyczną w obręb sztuki projektowej.

 

Pracownia Projektowania Graficznego prowadzona była przez Profesora Norberta Wieschallę. Rozmowa z Prof. Wieschallą była zazwyczaj nie krótsza niż pół godziny. Paradoksalnie, dla nas, studentów pierwszego roku, jest to cecha trudna do przecenienia. Bo Profesor Wieschalla był też profesjonalistą i dydaktykiem, a wielogodzinne wykłady o kompozycji, kolorze, liternictwie, postawie zawodowej, mają sens i wewnętrzną pasję. To potrafiło zarazić. Na jego zajęciach wyraźniej niż na innych czułam, że projektowanie, gdy koncepcja jest dobra, daje człowiekowi energię, „skrzydła”. Teraz staram się, żeby poczuli to również „moi” studenci.

 

Z wielką nostalgią wspominam też studia w Pracowni Projektowania Architektury Wnętrz prowadzonej przez Prof. Michała Jędrzejewskiego i Ad. Wacława Kowalskiego, Do chwili podjęcia nauki w tej pracowni, kojarzyłam pracę projektową z trudnością i stresem. Na trzecim piętrze starego budynku ASP, oprócz traktowanych bardzo serio kwalifikacji zawodowych, dostałam coś równie ważnego: lekkość, polegającą na dystansie do samej siebie i pełną humoru atmosferę pracy. Oddech. Miało to uwalniające działanie dla takiego nadodpowiedzialnego i pełnego niepokoju człowieka jak ja. Ten czas uzmysłowił mi jak ważna w pracy jest aura sympatii, życzliwości i bezinteresowności. Byłam dumna, że pracuję z tym wyjątkowym zespołem ludzi.

 

Bezinteresowność kojarzę z Dr Aleksandrą Maksymiak, uczącą Metodologii Pisania Pracy Magisterskiej. Poza podzieleniem się wiedzą, która pomogła mi dotrzeć do potrzebnych w pracy magisterskiej materiałów, Dr Maksymiak skorygowała moją pracę językowo. Do dzisiaj wdzięczna jej jestem za trafne uwagi dotyczące stylu i składni oraz poprawki naniesione w tekście. Wiedziałam, że przekraczają one zakres pracy, którą zobowiązana była wykonać. Staram się o tym pamiętać we własnej pracy dydaktycznej.

 

Wspomniałam o ważnych ludziach, nauczycielach. Jeżeli w ten zbiór mogła bym włączyć osoby z którymi nie miałam bezpośredniego kontaktu, a które wywarły wpływ na mój sposób myślenia, wymieniła bym etyków.

Bycie etycznym, jest tym, czego uczymy się przez całe życie, od otaczających nas ludzi: rodziny, przyjaciół. W życiu każdego, zdarzają się sytuacje ekstremalnie trudne, które sprawdzają nabyte postawy. W takich chwilach szukam wsparcia i potwierdzenia dla moich przekonań i odczuć. Dlatego, chociaż nigdy nie znałam Ericha Fromma, a z Profesorem Władysławem Bartoszewskim miałam okazję zamienić zaledwie kilka zdań, chciałabym powiedzieć, jak ważne były dla mnie ich książki. Potwierdzając moje najgłębsze i najbardziej osobiste przekonania, upoważniają mnie do nieco może belferskiego zacytowania Władysława Bartoszewskiego: „Na różnych spotkaniach ludzie często przekręcali tytuł mojej książki Warto być przyzwoitym, mówiąc: <<Pan twierdzi, że opłaca się być przyzwoitym, a to nieprawda>>. Otóż ja nigdy nie twierdziłem, że być przyzwoitym się opłaca. Często się w ogóle nie opłaca, ale warto, a to słowo ma zupełnie inny rodowód. <<Opłacalność>> pochodzi od płacy, <<warto>> – od wartości. A to nie musi się ze sobą pokrywać. Czy opłaca się długa, piesza wędrówka z plecakiem? Wcale. Ale może warto, może to miłe, może pozostawia urocze wrażenie, może kojarzy z sobą grupę koleżanek i kolegów… Pomiędzy <<warto>> a <<opłaca się>> może ziać przepaść. Nie musi, lecz może. Nie ma natomiast teorii, która by dowodziła, że warto być nieprzyzwoitym, i nie ma takiej praktyki, żeby stary człowiek mówił wnukom <<A dziadzio to wyrwał torebkę staruszce i uciekł>>. Nie, on powie raczej: <<A dziadzio to cierpiał

i walczył, był porządnym człowiekiem, ciężko pracował, nie zawsze miał dobrych szefów, ale wykonywał swoje zadanie>>

Chociaż zdarza się, że moja wiara w etykę oceniana jest jako oderwana od rzeczywistości, to wiem, że pomimo wpisanych w nią porażek jest tym co niesie mi spokój. Warto być przyzwoitym.

 

Wśród osób spotkanych na drodze zawodowej, nie sposób wymienić wszystkich, zasługujących na pamięć i wdzięczność. Wybrałam tych kilku nauczycieli, których obecność najsilniej wpłynęła na moją postawę. W ubiegłych epokach, zwłaszcza w kulturach wschodnich uznawano, że nauczyciel jest nie tylko źródłem informacji, przekazuje on także pewne ludzkie postawy. Jeżeli ten sposób rozumowania był skuteczny w odniesieniu do mnie, to znaczy, że czasami naprawdę działa.

 

3,Ukończyła Pani Architekturę Wnętrz. Czy ta dyscyplina leży w sferze Pani zainteresowań?

 

Tak, oczywiście. Projektowanie architektury wnętrz jest dyscypliną, którą uprawiam okazjonalnie. Daje mi ona równowagę pomiędzy introwertycznym zamknięciem się przy projektowaniu graficznym, a potrzebą kontaktów z ludźmi i wydatkowania energii na zewnątrz. Praca ta, ma dla mnie znaczenie odświeżające. Poszerza moją wiedzę, o nowe materiały i technologie dostępne na rynku. Stanowi odskocznię od innych obszarów działalności i chroni przed popadnięciem w rutynę zawodową. Zlecenia związane z tym typem projektowania dają mi wiele satysfakcji, zaspokajają potrzebę ruchu i kontaktów z nowymi osobami, jednak za każdym razem chętnie wracam do projektowania okładek książek i do książki artystycznej.

Gdybym miała określić swoje preferencje dotyczące stylu, powiedziałabym, że podobają mi się rozwiązania oszczędne, których atrakcyjność polega na ciekawym zestawieniu proporcji pomieszczeń, faktur, kolorów i materiałów.

 

4,Co zadecydowało, że działa Pani głównie na polu projektowania graficznego?

 

Projektowaniem graficznym zajęłam się zaraz po ukończeniu studiów, równocześnie z praktyką architekta wnętrz. Kilka miesięcy po obronie dyplomu, po zaprojektowaniu trzech okładek książkowych, otrzymałam propozycję podjęcia pracy w charakterze projektantki okładek i redaktora graficznego Wydawnictwa Dolnośląskiego. Odebrałam to jako ogromne wyróżnienie. Zatrudnienie w Wydawnictwie istotnie zawęziło grono osób z którymi pracowałam, dało dużą swobodę oraz możliwość przewidywania ostatecznego efektu procesu projektowego. Fakt ten, oraz pierwsze nagrodzone okładki sprawiły, że na kilka lat skupiłam się wyłącznie na pracy projektanta graficznego. W wydawnictwie pełniłam swe funkcje od września 1991 roku do końca roku 1992, rezygnując z nich na rzecz zatrudnienia w PWSSP we Wrocławiu.

Do pracy w charakterze projektanta graficznego zachęciło mnie przyznanie moim opracowaniom nagród. Były to: „Złota Sowa” – Pierwsza nagroda II Warszawskich Spotkań z Dobrą Książką (Warszawa 1993r.) – za projekt edytorski serii tomików poetyckich Zbigniewa Herberta (Wydawnictwo Dolnośląskie), oraz Nagroda Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek (Warszawa 1995r.)za projekt tomiku wierszy „Tylko miłość” (wydawnictwo „Europa”).

 

5,Czym dla Pani jest praca nad okładką książki?

 

Projektanta kształtuje całość jego doświadczeń. Wyobraźnia przestrzenna rozwijana w trakcie nauki przygotowującej do pracy architekta wnętrz, wpływa na mój sposób myślenia o projektowaniu graficznym. Motywem wielokrotnie pojawiającym się w okładkach mojego autorstwa była przestrzeń wyrażona na płaszczyźnie, złudzenie trójwymiarowości i iluzja, uzyskane różnego rodzaju zabiegami graficznymi. W ich obrębie pojawiała się oczywista w tym wypadku perspektywa i jej interpretacja, ruch nieodparcie kojarzący się z przestrzenią, kompozycja otwierająca obraz i wreszcie najbardziej dla mnie frapująca: kontekst książki.

W tym ostatnim przypadku chętnie posługiwałam się papierem. Jest on podstawowym nośnikiem druku. Stwarza to możliwość dwoistego traktowania papieru; raz jako nośnika, innym razem jako podmiotu działań. Wykorzystanie relacji między tymi znaczeniami daje szereg możliwości związanych z interpretacją przekazu. Darcie papieru związane jest z określoną dynamiką, odchylenie płaszczyzny sugeruje odkrycie tajemnicy; daje możliwość „zajrzenia do wnętrza książki” bez konieczności jej otwierania. Uszkodzenie paczki odsłania jej zawartość. Pozornie przekraczamy granice płaszczyzny. Grafika funkcjonuje tu w obiekcie przestrzennym jakim jest książka i staram się wykorzystać ten fakt. Projektant może sugerować sposób jej oglądania, ponieważ nie wszystkie elementy są postrzegane jednocześnie, ale wszystkie zawierają się w całości jaką jest tom. Sposób funkcjonowania książki wprowadza do trójwymiarowości aspekt akcji.

 

Praca nad oprawą książki wymaga poszanowania dla podstawy literackiej; dla tekstu i jego autora. Proponowane rozwiązania stanowią w pewnym sensie formę opakowania dla określonej treści. Nadrzędną wartością jest dla mnie pośredniczenie pomiędzy tekstem a odbiorcą. Oddanie w skondensowanej formie atmosfery, charakteru dzieła. By uniknąć uproszczeń należy dodać, że istnieje niebezpieczeństwo związane ze zbytnim uściśleniem, jednoznacznością przekazu, przez co może on utracić swoją świeżość i nośność. Projekt pretendujący do odegrania istotniejszej roli niż ta „opakowująca książkę” powinien zostawiać pewną swobodę skojarzeń, możliwość dopowiedzenia, zinterpretowania przez odbiorcę. W ten sposób łatwiej sprawić, że widz stanie się aktywnym uczestnikiem przekazu. Jeżeli uda się dodatkowo, zawrzeć w projekcie element nowatorstwa, można mówić o spełnieniu się w roli projektanta.

 

6,Co oznacza wyrażenie" książka artystyczna"?

 

Książka artystyczna jest relatywnie nowym obszarem działalności artystycznej.

Termin „książka artystyczna” obejmuje szeroki zakres. Nazywamy tak zarówno wysokonakładowe publikacje, w których forma woluminu podporządkowana została szczególnemu zamysłowi twórczemu („just books”), jak i obiekt sztuki, który zainspirowany został tekstem. Między tymi biegunami znaleźć można szereg rozwiązań, a ich ilość ogranicza jedynie inwencja twórców.

 

7,Proszę opowiedzieć o swoich osiągnięciach na Międzynarodowych Festiwalach Książki Artystycznej Bookart.

 

Moją, indywidualnie rozumianą książkę artystyczną, najprościej można by określić jako obiekt przestrzenny, którego forma ma za zadanie wzmocnienie, zinterpretowanie lub zobrazowanie tekstu literackiego. Aktywność na tym polu jest najbardziej autonomiczną i scalającą dotychczasowe doświadczenia, częścią mojej pracy projektowej. Łączy w sobie treść, przestrzenną formę, wybrane pod kątem realizacji tworzywo, grafikę i typografię. W pracy nad książkami zależy mi na takim zinterpretowaniu tekstu, by podstawa literacka stała się dla odbiorcy czymś namacalnym; inną, alternatywną rzeczywistością (literacką), uosabianą przez zaprojektowany obiekt.

 

Dwie zrealizowane przeze mnie książki artystyczne: „Ten który spada”, według opowiadania Sławomira Mrożka i „Heloiza. Ubrana – odsłonięta”, na podstawie listów Abelarda i Heloizy (w opracowaniu Leona Jachimowicza) zdobyły w kolejnych edycjach Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Książki (w roku 2006 i 2012) pierwsze miejsca. Praca „Ten który spada” zakupiona została w 2012 roku do zbiorów  MUSASHINO UNIVERSITY OF ART (Tokio/Japonia). Myślę, że ich intensywność polegała na przekazaniu spójnego w wyrazie plastycznym, złożonego przekazu.

 

Praca nad kolejnymi książkami jest kameralna. Mówi ona o tym, w jaki sposób odebrałam tekst, który stał się inspiracją. Jaki rezonans wywołał on w moich własnych doświadczeniach. Nie stosuję spektakularnych środków; animacji komputerowych, monumentalnej skali. Pojawia się jedynie przedmiot z całą swoją fizycznością. Zależy mi na nawiązaniu kontaktu z odbiorcą. Potwierdzenie przychodzi w postaci Nagrody Jury, recenzji lub reakcji widza… Te chwile mnie poruszają, ponieważ dają intensywne poczucie kontaktu z odbiorcą, wspólności emocji, porozumienia umykającego werbalnym sformułowaniom. Intensywne przekonanie, że warto było się otworzyć.

Moje książki artystyczne, będąc nośnikiem określonych znaczeń wyrażonych za pomocą tekstu, są też wielowarstwowymi, przestrzennymi formami. Łączą treść, liternictwo, typografię z formą wykreowaną przy użyciu specjalnie dobranych do danej realizacji materiałów. W przypadku Mrożka jest to niemal pozbawiony materialności pleksiglas, umożliwiający zawieszenie typografii „w powietrzu”. Dla listów Abelarda i Heloizy wybrałam szlachetny len i jedwab. Treść determinuje wybór materiału i dlatego wybór ten jest zróżnicowany. Im bardziej kameralny, wymagający bliskiego kontaktu z pracą dialog, tym szlachetniejszy materiał i tym staranniejsze wykonanie.

 

Taka forma ma (w mojej intencji), za zadanie zatrzymanie uwagi widza i zaprezentowanie znanych tekstów literackich w nowym kontekście, stworzenie nieoczekiwanych możliwości odbioru, dopowiedzenia, zwizualizowania treści i podniesienie tym sposobem rangi całego przekazu. W jakiś sposób, treści zostaje przywrócony świat zmysłów. Pojawia się inna struktura, wygląd, faktura i zapach. Przypuszczam, że zabieg taki nie tylko zwiększa sugestywność wypowiedzi, ale też, być może na tyle zdolny jest skupić uwagę oglądającego, by umożliwić nawiązanie z nim kontaktu na poziomie przeżycia estetycznego.

W tym rozumieniu książki artystycznej, najbliższe są mi założenia „Liberatury”. Termin pochodzi od łacińskiego “liber”, co oznacza “księga” oraz “wolny”. Stworzony został w 1999 roku, przez Zenona Fajfera i Katrzynę Bazarnik na określenie nowego gatunku literackiego, w którym nośnikiem treści jest zarówno tekst, jak i pozawerbalna forma książki. „LIBERATURA czyli literatura totalna” wymaga od czytelnika, by stał się wrażliwym, aktywnym odbiorcą i interpretatorem przekazu jaki niesie typografia, grafika i design.

 

8,Jakie są Pani kontakty artystyczne ze środowiskiem twórczym w USA?

 

Biorąc udział w kolejnych edycjach Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Książki „BOOKART” miałam okazję zetknąć się z twórczością znakomitych amerykańskich artystek takich jak Sarah Bodman, Jesseca Ferguson, Peggy Johnson, Catherine Nash, Pamela Paulsrud, Regula Russelle, Patricia Sarrafian Ward, Julie Shaw Lutts, Dorothy Simpson Krause czy wreszcie Ania Gilmore; będąca również jednym z kuratorów festiwalu, a którą wspominam ze szczególną sympatią. Dzięki festiwalowi poznałam również Evę Kamienską-Carter, dyrektora artystycznego w Freelance Film Production (Pittsburgh).

 

9,Czy zajmuje się Pani realizacją indywidualnych zamówień na opracowanie projektów okładek książek?

 

Tak, oczywiście. Współpracowałam z instytucjami takimi jak Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo „Europa”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Nasza Księgarnia, polski dział wydawnictwa medycznego „Elsevier” oraz katowicka filia Krajowej Agencji Wydawniczej. Na koncie mam kilkadziesiąt okładek prozy, poezji i literatury popularnonaukowej. Poza okładkami, zaprojektowałam też całościową koncepcję graficzną (okładka i layout) periodyku „Pod tytułem” prezentującego nowości rynku wydawniczego, kalendarze, kartki, foldery i inne publikacje. Współpracuję z wydawnictwami, instytucjami oraz osobami prywatnymi.

 

10,Jak, według Pani, zmienił się styl projektowania grafiki książkowej w ostatnich latach?

 

Trudno jest odpowiedzieć, na tak postawione pytanie. Każdy rodzaj sztuki, również projektowej, żywo reaguje na pojawiające się tendencje. Artyści starają się w pozytywny sposób zaskakiwać odbiorców.

Nie boją się rozwiązań idących pod prąd, polemizujących z tradycyjnie pojmowaną estetyką. Chodzi tu o zatrzymanie wzroku widza. Z pewnością przyciągają uwagę rozwiązania nowatorskie, poszerzające nasz stan poinformowania. Nadążanie za tak pojmowaną awangardą nie jest łatwe, pomimo tego, a może właśnie dlatego, że żyjemy w czasach zdominowanych przez błyskawicznie rozpowszechnianą informację i social media.

 

Dziękuję bardzo za rozmowę.


Anna Błachucka

O twórczości Zofii Korzeńskiej

 

Zofia Korzeńska poetka, eseistka, krytyk literacki, redaktor książek.

 Ur. 26 marca 1931 w Mazurach w woj. podkarpackim. Ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim w 1955 r., pracowała jako nauczycielka języka polskiego oraz bibliotekarka. Obecnie zajmuje się głównie eseistyką poetycką i krytyką literacką.

Twórczość. Wydała 7 tomów poezji: Dwa brzegi czasu (2001), Pozbierać rozrzucone chwile (2004), Musi być sens przecież (2004), Idąc przez Niniwę (2006), Obudzić jutrzenkę (2009), Mazury... Mazury (2010), Dary chwil (2011).

Z esejów m. in.: Walka anioła z demonem: Zdzisława Antolskiego droga twórcza (2009);  Ogrody kultury Zdzisława Tadeusza Łączkowskiego (2008); Zyta ma styl: o twórczości Zyty Trych (2006); Z biczem satyry przez historię i kulturę: twórczość literacka Antoniego Dąbrowskiego (2008) i inne.

Napisała też obszerne eseje m. in. o A. Błachuckiej, Z. Herbercie, ks. J. A. Ihnatowiczu, A. Kamieńskiej, Cz. Miłoszu, A. Piskulaku, ks. J. Twardowskim, ks. kard. K. Wojtyle i in.

Opracowała antologię poezji o starości pt. „U brzegów jesieni”, jest współredaktorką antologii poezji o Janie Pawle II pt. Zostałeś w nas, Ojcze Święty, przełożyła Magnificat wieczoru C. Arbelet.

Pisze liczne recenzje tomów poezji oraz prozy współczesnych pisarzy. Współpracuje z czasopismami „Akant”, „Radostowa”, „Teraz”, „Kwartalnik Świętokrzyski”, „Znaj”, „Niedziela Kielecka” oraz z tygodnikiem elektronicznym www.pisarze.pl

Zofia Korzeńska to wyrazista postać kieleckiej literatury. Jedyna w swoim rodzaju poetka, wnikliwa eseistka, uważna korektorka, pomysłowa redaktorka książek i nade wszystko ciekawa wszystkiego, co dotyczy sztuki – osoba. Zadziwia jej niekończąca się chęć uczenia się, poznawania nowych myśli w każdej dziedzinie sztuki. Literatura, malarstwo, muzyka, film są dla niej codzienną strawą.

Jej wiersze są dla mnie pogotowiem myślowym, które to na poczekaniu leczy zastrzykami sensu – bycie i trwanie człowieka na tej ziemi. Każdy tekst wypływa z wielkiego namysłu i bogactwa doświadczenia życiowego. Każda fraza wiersza to głęboki i poruszający przekaz troski o prawdę i sprawiedliwość. Rozbestwiony, wygodny świat bezczelnie nas podjada, dotyka, kaleczy. Najlepiej zorganizować całoroczny karnawał i niekończącą się biesiadę. W tę ogłupiającą wesołość wciąga się każdego. Czas wygody i dostatku niesie bardzo niebezpieczne choroby: apatie, depresje, fobie i przemoc.

W taki świat wnika dyskursywną poezją, pisaną spokojną frazą, Zofia Korzeńska.

Żegnajcie, Kochane Topole!

Może wspólnie zmartwychwstaniemy

kiedyś w Nowej Ziemi?

                                             (Z wiersza: Świątki na opał, topole na przemiał?)

Ten wiersz mam w pamięci i myślę, że tego fragmentu nie powinno się wyjaśniać. Śmierć drzew tak podana nie wymaga komentarza.

I jeszcze z wiersza Czas:


Dzieciństwo i starość

dwa brzegi danego mi czasu

spięte jedną klamrą pamięci

I nieustanne zdziwienie:

to ja – wciąż ta sama choć inna?


Między tymi brzegami dzieje się bardzo dużo, wszystko na własny rachunek. Każda podana myśl zapłacona czasem poświęconym dla niej i uświęcona głęboką wiarą. Każda myśl posadzona na poletkach polemik i talentów wielu pokoleń wstecz. Trzeba wiedzy teologicznej, filozoficznej, literackiej a także chęci i intuicji, aby sięgnąć po jej tomik.

Inną, ciekawą stroną twórczości Zofii Korzeńskiej jest krytyka literacka. Francuski poeta i prozaik Anatole France wyraził się kiedyś tak: „Dobrym krytykiem jest ten, który opowiada o przygodach swej duszy pośród arcydzieł”. Prawie że takimi samymi słowami opowiada Zofia Korzeńska o swoich przygodach z literaturą. Uwielbia czytać, wczytywać się, tropić myśl autora. Pozwala później, dzięki swojej wiedzy, na swobodny przepływ piękna myśli przez pola wrażliwości. Eseje, szkice recenzje są sycone jej rozsmakowaniem w temacie i formie i pieczętowane zachwytem wartościami utworu. Osoba mająca szczęście dostać się „pod pióro” Zofii Korzeńskiej czuje się doceniona i prowadzona. Jej przyjazne wyjaśnienia, jej argumentacja, jej „otrzaskanie” w świecie słowa, sprawiają, że jest to nauczyciel bardzo życzliwy, ale wymagający. Pani Zofia ma niebywale rzadki dar pochylania się nad książką celem pokazania, wyjaśnienia zamysłu autora. Jej teksty o pisarzach i ich książkach są pomostem między autorami i czytelnikami. Warto sięgnąć po jej wiersze i warto wejść razem z nią na piękną ścieżkę poznawania i przeżywania literatury.

 

Top of Form

Witaj Młoda Poezjo!

Z poetką, Stellą Gretą Szymaniak, rozmawia Piotr Stanisław Król

 

Piotr Stanisław Król –  Poznaliśmy się w drugiej połowie 2013 roku, delikatnie „zapukała” Pani do mojego Saloniku Literackiego (www.piotrstanislawkrol.pl) i zagościła w otwartym 20 października ub.r. dziale: „Witaj Młoda Poezjo!”. Jak Pani pamięta, powiedziałem wówczas, niczym starter na bieżni: „Gotowa do biegu? Start!”. Falstartu nie było, ma Pani świetnego „trenera”, Stanisława Stanika; jak wygląda początek długiego i niełatwego dystansu literacko-poetyckiego?

 

Stella Greta Szymaniak Od tych właśnie słów rozpoczęła się uniwersalna wymiana epistolograficzna z Panem, felietonistą, poetą, prozaikiem, ale przede wszystkim człowiekiem o wielkim sercu i bogactwie duchowym. Ja tylko spytałam: „Którędy na wyspy szczęśliwe?”, redaktora naczelnego Myśli Literackiej, Stanisława Stanika. On natomiast pokierował mnie prosto do Pana Saloniku Literackiego. Dziękuję za wiarę w moje, często skryte, możliwości i talent. Mój debiut literacki był rzeczywiście w 2013 roku na łamach kwartalnika „Sekrety ŻARu”, niecodziennymi fraszkami. Dźwięczą w mojej pamięci czysto słowa jednej z nich „Przyglądasz się mym oczom w zdumieniu, one nie mają wyrazu, ni kształtu, w idyllicznej ułudzie kreślą pętle nieskończoności...” Tylko Stanisław Stanik wiedział, iż jestem osobą niedowidzącą,że prawdziwe piękno jest niewidoczne dla oczu.  

PSK – Ta fraszka lekko mnie rozbawiła po naszym spotkaniu podczas jednej z imprez kulturalnych, gdy w Pani oczach ujrzałem niezwykłe światło, blask, „wyraz i kształt” osoby inteligentnej, pełnej uroku i wrażliwości. Odstawiam na razie fraszkę na bok i zadam pytanie o Pani autorytety i mistrzów w literaturze i sztuce, którzy stali się inspiracją w Pani twórczości. Cytowała Pani Adama Asnyka, a więc z pewnością on, kto jeszcze?

 

SGSz –  Na początek przytaczam słowa Jana Pawła II, papieża, ale także bardzo dobrego poety: „O jakże chętnie każdy z nas wziąłby cały ciężar człowieka, / który bez laski białej obejmuje od razu przestrzeń! / Czy zdołasz nas nauczyć, że są krzywdy inne prócz naszej? / Czy potrafisz przekonać, że w ślepocie może być szczęście?"

Wychodzę z założenia, iż najlepiej widzi się tylko sercem, przy wadzie wzroku sięgającej -8.50 dioptrii, jest to ewidentnie nieuniknione. Zresztą, wielkie dzieło stwórcy jest tyle cenniejsze, jeśli posiada skazę; a każdy obraz jest tym cenniejszy, jeśli posiada „defekt”. Ja tworzę w „tynfie do Van Gogha na skraju biedy i poniżenia”, gdyż wielkim malarzem był. Pisał przepiękne listy do swojego brata, Theo. „Nic nie poradzę, że moje obrazy się źle sprzedają. Ale nadejdzie czas, gdy ludzie zrozumieją, że są warte znacznie więcej niż cena farby, której użyłem do ich namalowania."

W jednym z moich wierszy pt. „Sen”, drukowanym w FM 8 Winter 2013 w Stanach Zjednoczonych piszę: „Obudź mnie świecie / pełen złudzeń, / Miraży umysłu, / Gdzie lustrzane łzy / Płoną na tafli bezmiaru, / Otul mnie szeptem poranka, / Jaśminem wiosennych uniesień, / Oddechów czystych przejrzystych / Tętniących zamiarów...".

Słowa bardzo cenionego przeze mnie Adama Asnyka dają mi taką oto odpowiedź: „Myślałem, że to sen, lecz to prawda była: / Z nadziemskich jasnych sfer do mnie tu zstąpiła, / Przyniosła dziwny blask w swoich modrych oczach, / Podała rączkę swą...”.

Wielkim poetycko-literackim autorytetem był Jan, dopiero później stał się nim Adam...

...Potok się nie zdumiewa, / lecz zdumiewa się człowiek! / Kiedyś temu zdumieniu / nadano imię „Adam”. / Zatrzymaj się... / ...we mnie jest miejsce spotkania / „z Przedwiecznym Słowem” // Jeśli chcesz znaleźć źródło / musisz iść do góry, pod prąd.” (Jan Paweł II)

Jeden z moich wierszy „Chwilo trwaj” właśnie dedykowany jest jego nieprzeciętnej personie. Ten oto wiersz jest niezrozumiały przez zwykłych zjadaczy chleba, których chciałabym w „aniołów przerobić”. A ja idąc krok w krok z Juliuszem Słowackim, Adamem Mickiewiczem, Cyprianem Kamilem Norwidem piszę go z pięknym aryjskim akcentem. Nie mniej jednak, aby dogłębnie zrozumieć jego treść konieczna jest lektura Jana Pawła II. Encykliki zwykłego człowieka z bukietem tatrzańskich szarotek...

Tak, Adam Asnyk tuż za Karolem Wojtyłą, epigon romantyzmu stał się moim  autorytetem po wsze czasy; w mojej duszy już od dni dziecięcych melodyjnie wygrywane są wierszowane słowa poety, których egzemplifikacja chyli ku ziemi najbardziej poradlone czoła.

Ja jestem, panie Piotrze, jak Paryska Nike z Samotraki, o której pisała Pawlikowska- Jasnorzewska: „Choć zabita, biegnę z zapałem jednakim wyciągając odcięte ramiona.."

Czy zna Pan twórczość ks. Tymoteusza? To pseudonim artystyczny mojego wielkiego autorytetu, Biskupa łowickiego ks. Józefa Zawitkowskiego; jak mawia Grażyna Mickiewiczowska – „najlepszego polonisty na tym globie”. Tego, co o kruszynie norwidowskiego chleba mówi tuląc do siebie każdą kroplę rosy. To dla Ciebie człowieku bosy...(„Kochani Moi”).

 

PSK – No cóż, muszę już przejść do kolejnego pytania, gdyż nasza rozmowa mogłaby przemienić się w grubą księgę, a miejsce mamy tu ograniczone, choć bardzo cenne. Pani Stello, brała Pani udział w licznych konkursach recytatorskich zdobywając nagrody i wyróżnienia. Proszę powiedzieć nam o tym kilka słów. Czy to także dało impuls poetycki, aby samej też wziąć pióro do ręki?

 

SGSz – Rzeczywiście moja droga literacka rozpoczęła się od recytacji przepięknych utworów polskich mistrzów „słów skrzydlatych”: Gałczyńskiego, Szymborskiej, Miłosza ect. Z sentymentem wspominam konkursy recytatorskie organizowane w pięknym dworku w Walewicach pod Łowiczem, z których zawsze wychodziłam z wyróżnieniem. Pamiętam jeden z moich występów w piwnicy oświetlonej blaskiem świec recytowałam utwór poetycki „Dwie Flagi” Gałczyńskiego rozpoczynające się tymi słowy: „Jedna była gdzie? Pod Tobrukiem. Druga była gdzie? Pod Monte Cassino...”.

Moi dziadkowie, Ewa i Adam Dałek, byli ze mnie dumni jak wracałam do „Domku nad Bzurą” z dyplomem i książkową nagrodą. Babcia często wplatała w swoje wypowiedzi kwieciste cytaty z polskiej poezji, zamiłowanie do recytacji zawdzięczam właśnie jej. Jak to napisał Stanisław Stanik w jednym z wierszy dedykowanym mojej osobie, iż  nie mierzę według perigeum lecz zwykłej fazy nadaje wierszom stereofonię, tak że ulatują w przestrzenie nieziemskiego świata.

 

PSK – Pamiętam, jak w latach mojej młodości, 70. ub. wieku, poezja była dla nas czymś naturalnym i często włączona w rytm muzyki, jak np. Norwida i Asnyka u Czesława Niemena; tańczyło się na prywatkach i zapamiętywało wersy, a często i całe utwory. Mamy XXI w., proszę powiedzieć, jak poezja odbierana jest wśród młodych obecnie. Czy w ogóle jest zauważana? Chodzi mi o szerokie spektrum pokoleniowe, nie o cenne perły literackie, jak Pani.

 

SGSz –  Nastały obecnie czasy „niepoetyckiej przyszłości”. Kiedyś poezja rzeczywiście ulatywała w kraje nieziemskiego, melodyjnego świata. Teraz przygasła, otulona mgłą zwątpienia. Aczkolwiek są prężnie działające kręgi zrzeszające miłośników poezji na całym świecie. Internet, jako źródło masowego przekazu, pozwala na zjawisko amalgamacji kulturowej, przenikalności słów pięknych na arenie międzynarodowej. Adam Asnyk w wierszu „Do młodych” pisał: „Szukajcie prawdy jasnego płomienia, / Szukajcie nowych, nie odkrytych dróg; / Za każdym krokiem w tajniki stworzenia / Coraz się dusza ludzka rozprzestrzenia / I większym staje się Bóg! // Choć otrząśniecie kwiaty barwnych mitów, / Choć rozproszycie legendowy mrok, / Choć mgłę urojeń zedrzecie z błękitów, / Ludziom niebiańskich nie zbraknie zachwytów, / Lecz dalej sięgnie ich wzrok”.

Wiersz „Do młodych” ma charakter manifestu pokoleniowego, z tego też względu przywołuję jego słowa, wyrażony jest za pomocą liryki apelu. Już sam jego tytuł określa jego adresatów; są nimi młodzi, w szerszym sensie możemy interpretować, jako przedstawicieli każdego młodego pokolenia. Bezpośredni apel ma przekonać młodych o konieczności konstruktywnego, odważnego działania. Także o dążeniu do odkrycia nowych horyzontów poetyckich, takich, których nikt wcześniej nie odkrył.

 

PSK – Pani Stello, pozwolę sobie teraz zadać bardzo trudne pytanie z jednego z moich esejów opublikowanych w książce „Czy tędy na wyspy szczęśliwe...”, oto one: „Choroba, ból, dramat odrzucenia i osamotnienie – jaki mają wpływ na twórczość? Czy są czynnikami motywującymi, inspirującymi, wznoszącymi ku wyżynom sztuki? Czy też są ograniczeniem i przeszkodą”. Zacytuję też tutaj słowa Paula Johnsona, autora książki pt. „Twórcy”: „Tworzenie jest bardziej dopustem niż źródłem satysfakcji, a czymś jeszcze gorszym może być tylko niemożność tworzenia”. W wypowiedzi P. Johnsona jest z pewnością cenna cząstka odpowiedzi, ale jest to tylko mała cząsteczka. Czy można w ogóle jednoznacznie na nie odpowiedzieć? Jak Pani sądzi?

 

SGSz –  Choroba powodująca zinterioryzowany, rozrywający, psychiczny ból w konsekwencji prowadzi do osamotnienia i odrzucenia przez stereotypowo spoglądające społeczeństwo. W naszym systemie zmarginalizowanie jednostek nie w pełni sprawnych jest rzeczą nagminną. Bez szans i przewodnika doświadczają ikarowych upadków gdzieś w kącie,  w samotności, w biedzie i poniżeniu, jak na obrazie Bruegla „Upadek Ikara”.

Szydzące społeczeństwo, nieprzychylne odrzucające spojrzenia przechodniów, odwracające wzrok nieme twarze sprawiają, iż ciężko podążać drogą jaką obrała większość.

Wewnętrzna ekspresja dąży jednak do unaocznienia. Przejawem jej, w nielicznych przypadkach, może okazać się twórczość własna w szerokokątnym tego słowa znaczeniu. Choroba powodująca zniewolenie, czy to umysłu czy ciała, z pewnością nie jest motywem wzmacniającym dążność do samorealizacji, jest ograniczeniem dewaluującym rzeczywistość jest piętnem, stemplem przybitym do czoła: inny znaczy gorszy.

Jednak, kiedy spojrzymy bliżej potrafimy dostrzec, iż są wyjątki od tej  deprecjonującej reguły, są to ludzie pióra czy też sztuki, których kreatywność doprowadziła do wyniesienia ponad przeciętność. Jednak pragnę przypomnieć, iż  ta genialność w większości przypadków została doceniona dopiero pośmiertnie. W książce „Czy tędy na wyspy szczęśliwe...”  pisze Pan, pozwolę sobie zacytować: „Jakie to piękne i szlachetne hasła wykuliśmy przez ostatnie wieki na frontonie gmachu europejskiej cywilizacji: równość, wolność, braterstwo, tolerancja. Wykuliśmy je w spiżu, granitach , marmurowych tablicach. Jednak jakże często zapominamy wpisać je w nasze serca i sumienia!”

 

PSK – Aby poprawić nastrój w tej naszej rozmowie, pełnej głębokiej refleksji i pochylenia się nad losem niejednego człowieka-twórcy, zacytuję słowa Alfreda de Musset, francuskiego poety, pisarza okresu romantyzmu: „Poezja przemienia łzy w perły”. Pani Stello, na koniec naszej rozmowy proszę powiedzieć, jakie są Pani najbliższe plany, kiedy ukaże się debiutancki tomik poezji, a może będzie to romantyczna proza...? Już mi o tym co nieco wiadomo, ale proszę uchylić nam szerzej rąbek tajemnicy.

 

SGSz –  Panie Piotrze, chciałabym podziękować serdecznie za ciepłe słowa niosące powiew nadziei i wiary w lepsze jutro. Na koniec naszej konwersacji pragnę zacytować  C. K. Norwida w odpowiedzi na przytoczone słowa Alfreda de Musset:: „...ta łza znad planety / Spada... i groby przecieka; / A ludzie mówią, i mówią uczenie, / Że to nie łzy są, ale że kamienie, / I -- że nikt na nie... nie czeka!”

Odnośnie moich planów wydawniczych to rzeczywiście chciałabym zaprezentować światu pierwszy tomik wierszy pt. „Gwiazdozbiór” pod koniec 2014 roku. Do tej pory moje wiersze drukowane były we współczesnych antologiach w Stanach Zjednoczonych, w Kanadzie czy też w Wielkiej Brytanii. Pod koniec 2013 roku debiutowałam za oceanem w FM 8 Winter 2013. Niedawno moje wiersze ukazały się w antologii „Spring Poetry”, a także w „Białych Kronikach” w Anglii. Nad swoim własnym pierworodnym gwiazdozbiorem pracuję systematycznie, dbam o dobór słów i o grę światłoczułych treści. Poza tym piszę książkę pt. POSTSCRIPTUM, czyli Współczesna Epistolografia, w której odnaleźć będzie można moje najpiękniejsze listy do tych wszystkich, którzy mieli niebagatelny wpływ na moje życie. W perspektywie przyszłościowej planuję dokończyć powieść opartą na faktach, opowiadającą o dziewczęcych oczach w modrości kolorze, które doświadczały wielkich wzruszeń, szalonego entuzjazmu, ale także niebywałego cierpienia, bólu, niemocy i samotności.

 

PSK – Dziękuję za rozmowę i życzę realizacji wszystkich planów literackich oraz dobrej, spełnionej drogi Pani życia.

 

 

Top of Form

Powrót do poprzedniej strony

kliknij tutaj: lista poetów aktualizowane: było już odwiedzin